Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...

Yessabel

Użytkownik
  • Posts

    98
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Yessabel

  1. Bandytów z nami nie było. Szliśmy po rekwizyty na czarną mszę Monolitu. A tak w ogóle, to... Cieniasy jesteście! Mieliście cały dzień, żeby mnie zawlec do gułagu, a tu nic! Sama sobie defiladowałam pod bronią z przesyłkami w okolice gułagu i z powrotem. I po co było ogłaszać 2000 rubli za moją głowę, skoro nikt nie odważył się ryzykować integralności swoich narządów wewnętrznych w starciu?! Ha, ha, ha! :> P.S. Naucz się pisać mojego nicka poprawnie!
  2. No, żesz cśśś... Dlaczego wszyscy mają wiedzieć, do czego piję? Najśmieszniejsze, że nie wszyscy Stalkerzy obecni na tej mszy byli agentami. Ale to też cśśś...
  3. Pokruszyły mi się... :( Poza tym nie przeginaj: zeżarliście mi 30 ciastek domowego wypieku! Nic dla mnie nie zostało! Nic! A sama sobie upiekłam! Wrażenia offgame (tzn. jako ja, Yessabel, bo relacja moja, czyli Nataszy Bugajewej, się napisze w ciągu tygodnia) chronologicznie: 1. Mutki: motyw 'przerwy na papierosa' był boski, uszłam 30m od miejsca, gdzie dwa muty siedziały ze szlugami, odwróciłam się, a tu mutki! odwrót!!! mam nadzieję, że Cię bardzo nie zabolały moje kulki, ale jako były trep musiałam na początku sprawdzić skuteczność rozwiązania siłowego- a tu figa! no, zaczęli sukcesywnie wyżerać mi ciastka... i jeszcze im mało! generalnie boski klimat. 2. Wojsko: moja trójka łaziła bezczelnie łaziła drogami, nawet łapaliśmy stopa (bardzo przepraszam za trzaskanie drzwiami w czasie ruszania, gdy przyspieszenie rzuciło mną o fotel), nikt do nas nie strzelał na dzień dobry, bo gdy byłam pewna kontaktu wzrokowego, podnosiłam rękę- przekaz był jasny "my tu tylko przechodzimy, nie strzelać, mamy interes", więc pozytywnie. A jak byliśmy już podejrzanie blisko, to standardowa gadka: broń na glebę, ręce za głowę, trzy kroki wprzód i o co tu, k*, chodzi?! Przeżyłam wszystkie te spotkania z całą amunicją i kasą. Tylko za wykonanie zadania zapłacili kumplowi rublami z poprzedniej edycji. :/ 3. Dresy: jedna potyczka, a jakie klimatyczne zakończenie... bardziej się wam opłacało mnie dobić i ograbić, niż łatać i używać jak zakładnika. BTW, która gadzina zaiwaniła mi nóż piankowy?! Niech się przyzna i zatrzyma na pamiątkę. 4. Duty: klimatycznie irytowało papierami, ratowało i broniło... co ja bym bez Was zrobiła? mutki by mnie zeżarły w drodze do baru na przerwę, a potem po przerwie, jak wyszły z fortu minutę po nas. 5. Jeśli chodzi o Wolność, Azymut i artefakty w anomaliach: nie mam zdania, moja postać robiła własne dochodzenie, z daleka od zwykłych artefaktów i większości Stalkerów. Mam już dwóch podejrzanych o eksperymenty na Pietji. Gdy emocje opadną, spróbuję wpleść to w fabułę następnej edycji. :> 6. Monolit, świecący Toi-Toi (swoją drogą przydałby się taki prawdziwy i nieświecący w Forcie), odłamki meteorytu, ten bezcenny prototypowy kombinezon i mozliwość wypowiedzenia życzenia bardzo mi się spodobały. Że mało stalkerów w okolicy? No, bo byliście w pół drogi między gułagiem i posterunkiem, to i mało żywych stalkerów się pałętało. Do poprawki: -zaplecze sanitarne: skoro mogę cywilizowanie naładować telefon, to dlaczego nie mogę cywilizowanie zasiąść na tronie? -proporcje ilość/jakość, bo nie wszyscy przyjechali na larpa i nie wszyscy przestrzegali airsoftowej zasady "co przyniosłeś, zabierze ze sobą", w niedzielę rano w forcie został śmietnik -5 razy wyszłam z roli/zagrałam niekonsekwentnie NIE w odpowiedzi na offgame'owe pytanie, następnym razem będzie lepiej. :)
  4. Ta ściana jest pistacjowa! Generalnie spoko, będę wyglądać podobnie, choć radziłabym obwiązać szmatkami Dragunowa, bo tak bardzo rzuca się w oczy. :)
  5. Czyli jednak na coś się przydało moje 5 stron maczkiem? :) Kusi mnie jeszcze, żeby dodać kawałek o przeszłości przed startem prywatnego biznesu, ale chyba sobie daruję. Nie musicie wiedzieć wszystkiego. Domyślacie się przecież, gdzie Natasza nauczyła się wyrywać ludziom wnętrzności. :>
  6. A ja mam laborki w piątek rano. :/ Nic to, odfajkuję obecność i w drogę. :)
  7. A surykatki? Co na to surykatki?!
  8. Nie dzisiaj. Dzisiaj tylko wrzucam. Jest właściwa wilgotność powietrza, żeby dobrze się zagnieździła moja historyjka w głowach larpowiczów. Aha, i ten kawałek został zmieniony z woli orgów. Ciut, ale do fabuły. Więcej nie wiem. :) *** Trzy dni nie odstępowałam Pietji na krok. Rozmawialiśmy na poważne tematy i całkiem błahe. Wiedziałam, co to znaczy żegnać się z konającym w męczarniach. Już to kiedyś przerabiałam w praktyce. Петр trzymał się dzielnie, ale ja wszystko widziałam w coraz mniej ludzkim oku. Czwartego dnia zaczął gubić wątek, bełkotać. Reagował agresywnie na przypomnienia. Przypięłam kaburę i pilnowałam, żeby mieć jedną rękę zawsze wolną. Pietja powiedział tego wieczora coś takiego: -Ludzie… Potwory… Myślisz, że bestia przed tobą… A całą watahę masz za plecami… I od razu zapadł w sen. Piątego dnia już nie dało się rozmawiać. Wydawało mi się, że rozumiał moje monologi, ale odpowiedzieć już nie potrafił. I przestał się poruszać. Tylko patrzył tym ni to ludzkim, ni to owadzim okiem. Próbowałam wrócić do tej wypowiedzi o bestii. Zadawałam miliony pytań. Mówiłam bardzo wyraźnie i powoli. Prosiłam, żeby tylko ruszał okiem: tak czy nie? Poniosłam porażkę. Niczego już się nie dowiedziałam. A może Piotr nie chciał mi powiedzieć, tak samo, jak nie chciał, żebym go widziała dogorywającego? Mężczyźnie nie wypada okazywać słabości. Szóstego dnia rano nie dawał oznak życia. Jakoś koło południa straciłam cierpliwość do bezczynnego czekania. Wzięłam szczotkę i kijem trąciłam Pietję w ramię. Brak reakcji. Przeprowadziłam jeszcze dwie próby na „bezpiecznym” dystansie. -Żegnaj- rzuciłam. -Co?- w drzwiach stanął Andriej. Odwróciłam się do niego. Już miałam na języku ripostę „Nic”, kiedy Pietia-niePietja się poruszył. Zasłoniłam się szczotą w lewej ręce. Prawa powędrowała do kabury. I wtedy to, co wyewoluowało z człowieka, skoczyło w naszą stronę. Cisnęłam w to coś szczotką jak harpunem. Wyszarpnęłam pistolet, od wczoraj stale odbezpieczony i przeładowany, od trzech dni z tłumikiem, naciskałam spust raz za razem, wycofując się z pokoju. Potknęłam się o próg, miękko osunęłam się na plecy, tak jak wujek uczył. Chyba nigdy jeszcze nie czołgałam się tak szybko na plecach, jednocześnie się ostrzeliwując. Zamek zablokował się w tylnym położeniu. Koniec, wystrzeliłam 17 pestek, a to nadal się poruszało. Strach aktywował we mnie tryb maszyny. Magazynek łupnął o podłogę. Z kieszeni wyszarpnęłam drugi, pełny. Włożyłam w gniazdo, dobiłam dłonią. Szarpnęłam zamek, nie kłopocząc się szukaniem tego guziczka. I ponownie otworzyłam ogień. Gdzieś przy dziesiątym strzale stwór przestał się poruszać. Dla pewności wpakowałam resztę magazynka. Druga błyskawiczna zmiana. Zastygłam w bezruchu, czekając na ruch tej istoty. Nie doczekałam się. Ręce zaczęły mnie trochę boleć, poziom adrenaliny spadł, strach trochę przygasł. Zebrałam się w sobie i wstałam. Zerknęłam na Andrieja. Zastygł w bezruchu. Nie mogłam liczyć na jego pomoc. Nie teraz. A sama tak po prawdzie nie wiedziałam, co robić. Przybiegł Wowa. -Młoda, już po wszystkim. Opuść broń. Wygrałaś- tłumaczył spokojnym głosem. Zamrugałam jak wyrwana ze snu. Popatrzyłam lekko zaskoczona na pistolet. Zabezpieczyłam i włożyłam do kabury. -Już po wszystkim- powtórzyłam za Wową. Już po Pietji. Tylko dlaczego, do cholery, oczy mi się spociły? Wyminęłam Andrieja, nadal skamieniałego w ciężkim szoku, i poszłam do kuchni. Gdzie ta flaszka?! Musiałam całą tę historię odchorować po swojemu. Miałam też cień nadziei, że się zachlam na śmierć i będzie spokój. *** Nie wiem, jak długo wyłam do księżyca. Albo słońca. Albo żyrandola. Albo czegokolwiek. Czy to istotne? Kiedy wróciły mi zmysły, leżałam na podłodze w kuchni, brudna i zarzygana. Zanim znalazłam odpowiedź na podstawowe egzystencjonalne pytania: kim, gdzie i dlaczego jestem?, podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pomieszczeniu. Puste butelki były… wszędzie. Na pewno sama tego nie wyżłopałam. Ktoś mi musiał pomóc… I wtedy wróciła mi pamięć. Tatiana, Wowa, Witja, Andriej, Pietja… Opadłam bezsilnie na podłogę. -Pietja nie żyje- odkryłam prawdę objawioną.- I to ja go zabiłam. To nie była do końca prawda. Pietja, którego znałam, odszedł w nocy. To, co ja rozstrzelałam, nie było już człowiekiem. Mimo wszystko, do końca życia będę się męczyć z myślą, że zabiłam przyjaciela. Nie mogłam cofnąć wydarzeń. Musiałam brnąć dalej wprzód. Doprowadziłam się do porządku. Kuchnię też. Nie lubiłam zostawiać za sobą bałaganu, chociaż często mi się to zdarza. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Chłopaki zaliczyli zgona w przedsionku. Przeskoczyłam nad bezwładnymi cielskami i podeszłam do drzwi pokoju Pietji. Jeśli dalej tam leży, to czekająca mnie robota będzie bardzo brudna. I śmierdząca. Zebrałam się na odwagę, nacisnęłam klamkę, przez szparę wetknęłam głowę. Czysto. Wręcz sterylnie. Widać chłopcy woleli nie ryzykować i odkazili podłogę, ściany i sufit. Usłyszałam za sobą zbolały jęk budzącej się świadomości. -Posprzątane- wychrypiał Witja. -Właśnie widzę. Kuchnia też posprzątana- pochwaliłam się. -To możemy już tam wejść i wreszcie zjeść coś ciepłego- ucieszył się. Nie odpowiedziałam. Przeraziła mnie szybkość, z jaką Witja uporał się z żałobą po Pietji. A może się wcale nie uporał, tylko wyje z bólu do środka? Cicho i dyskretnie. -Ja pasuję. Dzięki za wszystko. Odezwę się za jakiś czas- powiedziałam, zbierając manele. Musiałam się przewietrzyć. Szłam pustymi, zamglonymi zaułkami Moskwy. Już nie wyglądałam jak żulica, ale ludzie i tak schodzili mi z drogi. Może czuli ode mnie aurę śmierci? Nie interesowało mnie to. Miała już dość tematów do rozmyślania. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało z Pietją. *** Mutacje, anomalie… Brzmiało jak jakiś głupi amerykański horror. Nie mogłam przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie mogłam też roztrząsać w nieskończoność. Widziałam tylko jedno rozwiązanie. Żeby zaakceptować fakty, musiałam zobaczyć to piekło na własne oczy. Zaczęłam planować wycieczkę na Ukrainę. Po pierwsze, popytałam starych znajomych o sprawy typu „tajne/poufne/nie wiem”. Dostałam sporą dawkę szumu informacyjnego. W sam raz do skonfrontowania z sytuacją zastaną. Po drugie, musiałam przygotować się technicznie. Moja szafa od dawna zawierała głównie eleganckie garsonki i włoskie czółenka. To był mój strój służbowy. Pracowałam jako CYWILNY ochroniarz. Wszystkie rzeczy związane z wojskiem spakowałam i upchnęłam w skrytce. Nie chciałam do nich wracać. Do nich i wspomnień, jakie ze sobą niosą. W sumie, sama byłam sobie winna z tak niewyparzoną gębą… A teraz musiałam odsunąć regał z książkami, wydłubać tynk na zawiasach i podważyć nożem zaczep. Drzwi do mojej militarnej garderoby uchyliły się z lekkim zgrzytem. Powinnam je naoliwić… Wybrałam patriotycznie rosyjski mundur, a praktycznie niemiecki plecak i pałatkę. No, i oczywiście maskałat. Do Zony pchałam się, żeby obserwować. Napatrzeć się na piekło na ziemi i monstra po nim hasające oraz zrozumieć, dlaczego musiałam zabić przyjaciela. No, a przy okazji może jeszcze coś zarobić.
  9. *** Do samego centrum Moskwy dojechaliśmy w kompletnej ciszy. Zaparkowaliśmy pod starą, zapuszczoną kamienicą. Drewnianymi, potwornie skrzypiącymi schodami wdrapaliśmy się na drugie piętro. Drzwi z mosiężną, misternie rzeźbioną klamką nie były zamknięte na klucz, więc weszliśmy do mieszkania. Przedsionek był zupełnie pusty, jeśli nie liczyć szmaty na podłodze w roli wycieraczki. Prześliznęłam się wzrokiem po obłażących z farby ścianach i zatrzymałam pytające spojrzenie na chłopakach. Po coś mnie tu przecież przywlekli. Skrzypnęły drzwi jednego z pokoi. -Andriej…- zaczęłam, ale uciszył mnie gestem. Zgarbiony, dziwnie poszarzały na twarzy, z chyba tygodniowym zarostem przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. A co najgorsze, był ku temu jakiś powód. -Po co ją tu przyprowadziliście?- Andriej od razu czepił się szeptem Wowy i Witji. Nie słuchałam tej szeptanej kłótni. Skupiłam się na tym, co widać było przez szparę. Konkretnie na karykaturalnie wielkich amerykańskich pustynnych butach. Tylko jedna osoba przychodziła mi do głowy. -Pietja!- szepnęłam. Cisnęłam mój worek klamotów na podłogę. W dwóch susach dopadłam drzwi. Andriej spróbował mnie powstrzymać. Nie zdążył. Wpadłam do pokoju. W wątłym świetle dwudziestowatowej żarówki zobaczyłam okno zabite dechami, krzesło na środku pomieszczenia i barłóg w kącie. Tam ktoś leżał. Po rozmiarach domyśliłam się, że to Pietja. Musiałam się porządnie wpatrzyć, żeby rozróżnić nogę, rękę… Zakryłam usta dłonią, żeby nie krzyczeć. Druga połowa tułowia była jakaś zdeformowana. I sina. I jakby łuskowata. -Брат!- jęknęłam przerażona. Pietja łypnął na mnie lewym okiem. Prawe było już pod tą niebieską skorupą. -Nie powinno cię tu być- wydyszał z wysiłkiem.- Mieli cię nie przyprowadzać. Chcesz mnie takiego zapamiętać? -Nie powiedzieli mi- wzruszyłam ramionami.- Choćby chcieli, nie potrafiliby. Брат, co się dzieje? Co to jest? -Зоны mnie dopadła- uśmiechnął się gorzko. -Зоны? -Чернобыльской- odezwał się Andriej za moimi plecami. Odwróciłam się do niego z wielkim pytajnikiem wymalowanym na twarzy. Skinął na mnie, żebym z nim wyszła. Przenieśliśmy rozmowę do kuchni. Mnie to pomieszczenie przypominało bardziej magazyn szpitalny. Ale była tu też kuchenka i zlewozmywak, więc niech będzie, że kuchnia. -Pamiętasz katastrofę w Czarnobylu?- zaczął Andriej. Moje oczy robiły się coraz większe w miarę, jak dowiadywałam się o kolejnych super tajnych sprawach, operacjach i przekrętach. Generalnie, wolałam nie wiedzieć. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Ale skoro już tu byłam… -Dobrze, a co się stało Pietji? -No, bo widzisz… W anomaliach na terenie zony powstają tzw. artefakty. To chodliwy towar na rynku. Pojechaliśmy na Ukrainę po kilka. To było dobre zlecenie…- rozmarzył się Andriej. Zdenerwowałam się. Uderzyłam dłonią w stół kuchenny. Wszyscy trzej byli komandosi podskoczyli, nerwowo obejrzeli się na drzwi i zaczęli nasłuchiwać. Zignorowałam tę paranoiczną reakcję. -Pozwolisz, że powtórzę moje pytanie: CO. SIĘ. STAŁO. PIETJI? Andriej jakby skulił się w sobie. Nie patrzył na mnie. Miął w palcach rąbek koszuli. Poczucie winy go przytłaczało. Tylko, do cholery, dlaczego? -Bo w zonie są nie tylko anomalie i artefakty. Są też mutanty- wydusił z siebie. Podniosłam pytająco brew. Ah, tak, zapomniałam, że gość nie odważy się popatrzeć mi w oczy. -No i…?- napierałam. -I jeden nas zaatakował. To znaczy nie jeden. Całe stado. Ostrzeliwaliśmy się, ale te skubańce są strasznie wytrzymałe. I jeden, zanim padł, drasnął Pietję- wyjaśnił Andriej. -No, draśnięciem bym tego nie nazwał- wtrącił się Witja.- Jak przyjechaliście, miał rozszarpany cały bok. -Ale to było draśnięcie. Nawet szwów żeśmy nie założyli- tłumaczył się Andriej.- Wróciliśmy do obozu wieczorem. Pietja szedł o własnych siłach. Czuł się świetnie. A rano… Był cały we krwi. Jakby ta jedna ranka wzięła i się rozrosła. Połatałem go, jak umiałem, i do domu. Ale tutaj nikt nie wie, co mu jest. Nikt nawet nie chce się zbliżyć do niego. Piep**ą coś o eboli i wągliku… -A Pietja umiera- zakończyłam. Popatrzyli na mnie oburzeni bluźnierstwem. Wytrzymałam ich spojrzenia. -Widziałam śmierć w lewym oku. Ale wiesz, co może być gorsze od śmierci? Mutacja. Teraz spojrzenia całej trójcy wyrażały niezrozumienie. -Te mutanty skądś tam się wzięły, nie? Boję się, że to samo dzieje się z Pietją. A to znaczy, że należy się pożegnać z nim, póki jest sobą, bo potem trzeba go będzie zabić, zakopać i posypać wapnem. Popatrzyli po sobie z bezbrzeżnym zdumieniem. Strzelić do kumpla? Westchnęłam. -Sama to zrobię. ***
  10. *** Była sobota, jakoś tak z tydzień po moim powrocie z Berlina, jeszcze nie wieczór, ale robiło się już chłodno. Siedziałam na werandzie podmoskiewskiej daczy mojej przyjaciółki Tatiany, rozparta wygodnie w miękkim fotelu, z flaszką w jednej, a szlugiem w drugiej ręce. Jak zwykle odstawałam od towarzystwa, alienując się z daleka od ogniska, przy którym grupka imprezowiczów piekła kiełbaski. Moim zdaniem było trochę za wcześnie na kolację, ale nie odzywałam się. Byłam tu tylko gościem, a gospodyni całą swoją uwagę poświęciła pokerowi. Przywleczony gdzieś z trzewi daczy stolik kawowy, na którym grali, był bardzo stary i bez obrusa. W połączeniu z bardzo niegrodowymi fotelami i hektolitrami wódki tworzyła się dość postapokaliptyczna atmosfera. Dla takiej atmosfery warto było się tłuc ten kawał drogi z Moskwy i przechlać ostatnie ruble. Wyciągnęłam się jeszcze wygodniej na fotelu, odchyliłam głowę do tyłu i zapatrzyłam się w niebo. Obłoki sunęły powoli i majestatycznie na południowy zachód. Następne zlecenie zaczynałam dopiero za tydzień, więc byłam wolna jak te chmury. Mogłam chlać… Wibrujący, kobiecy krzyk wyrwał mnie z rozmyślań. Usiadłam gwałtownie. W pierwszej chwili przestraszyłam się, że świat się kończy, a ja mam tyle na sumieniu. Myliłam się. Po prostu dacza została zaatakowana przez bandę pijanych- i zapewne też naćpanych- dresów. Ostrożnie odstawiłam butelkę na podłogę, żeby nie uronić ani kropli. Papierosa przełożyłam z dłoni do ust. Po pierwsze, obie ręce wolne. Po drugie, jeśli ktoś spróbuje mi wybić zęby, na pewno się poparzy. Już nie tylko jedna laska darła mordę. Wszystkie piszczały i klęły na zmianę. Faceci próbowali walczyć. Szło im to przeciętnie. Zaczęłam rozważać przyłączenie się, chociaż nie lubiłam wdawać się w niepłatne bójki. Postronni obserwatorzy rzadko doceniali kunszt, za to często wyzywali mnie od morderców. Zobaczyłam nóż w dłoni jednego z napastników. Zaczynało robić się gorąco. Decyzja została podjęta bez udziału mózgu. Rzuciłam się do walki na co najmniej trzech kończynach- za dużo wypiłam, żeby od razu utrzymywać pion. Nie martwiłam się tym. Alkohol podwyższył mój próg bólu, a adrenalina za chwilę zrobi swoje… Kopniakiem wybiłam nóż z dłoni dresiarza. Złapałam za gardło, podcięłam nogi. Koleś poleciał na plecy, ale krtań została w mojej dłoni. Skrzywiłam się. Znowu mnie poniosło i będę musiała machać łopatą. Cóż, po takim wstępie mogłam się już nie powstrzymywać, tylko zakończyć sprawę w najszybszy i najmniej energochłonny sposób. Cisnęłam ścierwem w najbliższego dresa. Zasłonił się ręką. W jednym susie dopadłam do niego. Kantem dłoni wgniotłam krtań. Zaczął się dusić, stracił ochotę do walki, a ja zainteresowanie nim. Już był trupem. Następny stał do mnie tyłem i kopał któregoś z imprezowiczów. Ponad dwumetrowy drągal- musiałam wejść mu na kolano, żeby wyrównać szanse. Oczywiście, zrobiłam to szybciej, niż powinnam, i zdecydowanie za mocno. Coś nieprzyjemnie chrupnęło. Dryblas nie zdążył jęknąć, zanim skręciłam mu kark szarpnięciem za szczękę w bok. Kątem oka zobaczyłam błysk. Odwróciłam się w sam raz, żeby zrobić unik przed pchnięciem nożem. Na „stołek”, tak jak wujek uczył. Skróciłam dystans, podążając za cofającym się ostrzem. Kiedy przeciwnik sprężał się do kolejnego pchnięcia, złapałam za łokieć, obróciłam do góry i w przód, jednocześnie ciągnąc nadgarstek w tył. Wyrwałam mu ramię z barku. Taką bezwładną ręką, nadal kurczowo ściskającą nóż, poderżnęłam gardło… W końcu na trawniku przed daczą leżało dziewięć trupów w dresach. Imprezowicze, w lepszym lub gorszym stanie, odpełzali z pobojowiska. Pośrodku chaosu stałam ja, podejrzanie szybko trzeźwa. Adrenalina zrobiła swoje… Dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, że Tatiana nie pozwoli dokonać nielegalnych pochówków na swojej działce. Na inne okoliczne działki wolałam z tym nie wchodzić. Musiałam zadzwonić po wsparcie w brudnej robocie. Zakiepowałam szluga w popielniczce na werandzie. Tatiana nie lubiła, jak ktoś palił wewnątrz. Wolałam, żeby mi wypominała zabójstwo, niż papierosy. Telefon był w salonie. Zlokalizowałam go z łatwością. Gorzej szło mi przypominanie sobie numeru telefonu. O dziwo udało mi się. Odebrał Wowa. -Да?- rzucił ostrożnie. Domyślałam się, dlaczego. Była sobota wieczór… -Привет. Tu Natasza. Nabałaganiłam. Czy byłbyś uprzejmy wziąć Witję i przyjechać uazem, żeby mi pomóc?- nie owijałam zbytnio w bawełnę. Wowa westchnął boleśnie. -Dobra. Gdzie jesteś? Wytłumaczyłam dojazd, podziękowałam i rozłączyłam się. To była ta łatwa część. Teraz czekała mnie przeprawa z Tatianą. Zebrałam w sobie wszystkie pokłady odwagi i odwróciłam się. Tatiana już stała w drzwiach salonu i postukiwała nerwowo obcasem włoskich kozaczków. -Ti…- zaczęłam nieporadnie. -Masz krew na rękach- wycedziła.- Wiem o tym od dawna i jakoś z tym żyję. Ale dlaczego musisz się popisywać przed moimi znajomymi?! Mogłaś nie zabijać dzisiaj. Dobrze wiesz, że mogłaś!- Tatiana darła się na mnie szeptem, co skutkowało dźwiękiem podobnym do syczenia węża. Bardzo rozzłoszczonego węża. Spuściłam wzrok. Miała rację. Faktycznie, nie musiałam. Więc dlaczego łatwiej mi skręcić kark niż ogłuszyć delikwenta? Przed oczami migały mi sceny sprzed lat. Błędy i zwycięstwa. Akty czystej głupoty i śmierdzące tchórzostwa. Jednostki i bandy. To wszystko, co uformowało mnie taką, jaką jestem. I nie mogłam wytłumaczyć tego Tatianie. Nie pojęłaby tego swoim delikatnym, cywilnym rozumkiem. Stworzyłabym tylko dodatkowy, niepotrzebny problem. -Przepraszam. Za dużo wypiłam- wymówka dobra, jak każda inna.- Posprzątam w ciągu dwóch godzin. Tatianie opadły ręce. *** Wowa i Witja przyjechali po godzinie. Trochę było od nich czuć procenty. Pewnie tak samo, jak ode mnie. W końcu był sobotni wieczór. Powitaliśmy się „niedźwiedziami” i ostro zabraliśmy się do roboty. Załadunek poszedł błyskawicznie. Auto moich kumpli, jak wszystkie uazy, miało taką przydatną cechę jak metalowa tapicerka. Można je było zmyć całą krew i flaki trzema wiadrami wody. -Девушка, bierz manatki. Nie wracasz tutaj. Jedziesz z nami na stypę- rzucił Wowa. -Stypę?- zdębiałam.- Co się stało? -Zobaczysz- uciął Witja. Wybitnie nie chcieli rozmawiać tutaj. Odszukałam wzrokiem Tatianę. Porozumiałyśmy się bez słów. „Do zobaczenia w Moskwie”. Zgarnęłam swoje klamoty i już nas nie było. Pojechaliśmy nad Moskwę. Byliśmy na tyle daleko od stolicy, żeby brzeg pozostawał gęsto zarośnięty. Lekko podmokły teren świetnie nadawał się do nielegalnych pochówków. Kopaliśmy w kompletnej ciszy. Najwyraźniej stało się coś grubego, ale cokolwiek się stało, to nie był właściwy moment, żeby mnie oświecić. Martwienie się na zapas nie miało sensu. Uzbroiłam się w cierpliwość i skupiłam na wiosłowaniu łopatą. Wydarliśmy odpowiednio przepastny dół, przerzuciliśmy ładunek, zasypaliśmy i ubiliśmy ziemię. Wodą z Moskwy spłukaliśmy wnętrze wozu. Zadanie wykonane, teraz należało się stąd ulotnić. ***
  11. Mój klient nonszalanckim ruchem wrzucił telefon komórkowy do aktówki po zakończonej rozmowie z kimś tam. Nie słuchałam tego bankowego bełkotu. Za słabo znałam niemiecki, żeby cokolwiek zrozumieć. Poza tym byłam w pracy już trzecią godzinę. Czujnym spojrzeniem omiatałam ulice przesuwające się za przyciemnianymi szybami limuzyny. Na razie nic się nie działo. Byłam tu dla ochrony osobistej. Zostałam wynajęta, ponieważ mój pracodawca czuł się zagrożony, dostawał anonimy, pod jego auto podłożono bombę… Słowem, głębsze gówno. Nie byłam detektywem, żeby rozwiązać tę sprawę. Śledztwo prowadzili mądrzejsi ode mnie. I to oni mnie polecili jako bardzo skuteczną profesjonalistkę. Mój pracodawca, owszem, zatrudnił mnie, jak detektywi radzili, ale liczył na nieco inną sferę profesjonalizmu. Uśmiechnął się do mnie czarująco, przysunął bliżej, mrucząc coś po niemiecku. Wyłapałam tylko „wieczorem”, ale wiedziałam, o co chodziło. Poświęciłam klientowi cały ułamek sekundy na druzgoczące spojrzenie głęboko w oczy między jednym a drugim oknem. Nie podziałało. Przysunął się jeszcze bliżej i położył mi dłoń na kolanie. Moja cierpliwość się skończyła. Ryzykowałam stratę kontraktu, ale… -Nie jestem tego typu ochroniarką- wycedziłam. -Ależ pani Nataszo…- uśmiechnął się. -Jeśli nadal potrzebuje pan ochrony, proszę mi nie przeszkadzać w pracy. Jeśli szuka pan panienki do towarzystwa, to pomylił mnie pan z kimś. Twarz mojego klienta się zmieniła. Zobaczyłam nawet pulsującą tętniczkę na czole. Nie przejęłam się. Mogłam sobie pozwolić na utratę tego zlecenia. Dla własnego bezpieczeństwa wolałam nie pracować z debilami. -W takim razie musimy zakończyć naszą współpracę- burknął. -Żegnam- rzuciłam tylko, machając kierowcy, żeby się zatrzymał. Wysiadłam, strzepnęłam ze spodni niewidoczny pyłek. Limuzyna cichutko ruszyła. Na następnych światłach i tak musiała zahamować z powodu czerwonego światła. Gdybym nadal siedziała w środku, kazałabym kierowcy przejechać na czerwonym i dodać gazu. Co z tego, że mandat? Przeżylibyśmy. A tak… Gdy tylko samochód się zatrzymał, to już był koniec. Odwróciłam się na pięcie i poszłam w swoją stronę. Za plecami usłyszałam syk lecącego RPG, a potem eksplozję. Ale to już nie był mój problem. Teraz obchodziło mnie, jak najszybciej wydostać się z Berlina i wrócić do Moskwy, do domu. ***
×
×
  • Create New...