Może się wam to wydać dziwne, możecie stwierdzić, że bredzę, ale ten sposób i tak działa. Sprawdzony w dwóch przypadkach.
Przypadek pierwszy, F2000 JLS. Rozebrałem i zapłakałem - żółte gluty, które ktoś o dużej wyobraźni nazwał "smarem" wyciekały z gearboxu na wszystkie strony, a gnat miał taki rozrzut, że w stodołę byś nie trafił. Kręcenie regulacją hop-siupa nic nie dawało. Zeźliłem się, wyjąłem lufę, wyciągnąłem hop-upa, po czym umyłem gumkę najzwyklejszym płynem do naczyń. Po złożeniu i przestrzelaniu na 20 metrach karabin strzela jak po sznurku, rozrzut jest minimalny (ze 2 cm w każdą stronę, ale strzelałem przy wietrze na tyle mocnym, żeby zaczynało znosić kulki w bok).
Przypadek drugi, L96 Wella (vel Warrior). Z sześciu metrów, bez wiatru, z solidnym podparciem, nie byłem w stanie trafić w puszkę po coli (z trzydziestu nie szło trafić w standardową tarczę z sylwetką!). Zdesperowany, rozebrałem najpierw cylinder, wycierając nadmiar smaru (czy może jednak smarków), potem hop-siupa, którego, ma się rozumieć, od razu umyłem. Teraz nie ma problemu z trafieniem w cel wielkości kartki A4 z czterdziestu metrów - przy tych stockowych 450 fps to nienajgorsze osiągnięcie.
...a wszystkiemu winien chiński smar.