Czas na parę raczej gorzkich słów ze strony mutków (których nie było):
Przygotowanie organizatorów do imprezy zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Wszystkie przedmioty fabularne, bar, toi toie, ratownicy medyczni z karetką- ogromny plus dla ciebie Gyver. Na Nysie brakowało takich rzeczy jak śmietnik czy kibel, tutaj było wszystko świetnie ogarnięte. Widać ogrom pracy włożonej w przygotowanie larpa. Z tej strony po prostu cud i wielki szacunek dla czasu spędzonego przy tej edycji.
Niestety jako mutanci bawiliśmy się fatalnie i jedynie do przerwy.
Przez 6 godzin lataliśmy w upale, aż w końcu załatwiło nas parę spraw.
Przede wszystkim teren był dla nas zbyt duży, nie dostaliśmy też dokładnych mapek z oznaczonymi ważnymi lokacjami, jedynie te stalkerskie. Nie było też koordynatora mutantów jak na Nysie, nikt oprócz nas nie miał u mutantów radia. Cała Zona była zbyt wielka na tylu ludzi, przez to zrobiliśmy z dziesięć dobrych kilometrów, albo i lepiej w palącym słońcu przez pierwsze godziny gry i nie spotkaliśmy praktycznie nikogo. Błąkaliśmy się ze złej strony baru, bo wydała nam się atrakcyjniejsza na klimatyczne akcje, trudno.
Kiedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wszyscy bawią się gdzie indziej, zaraz tam polecieliśmy. Niestety albo mieliśmy pecha, albo nie wiem co, w każdym bądź razie wszyscy napotkani ludzie KOMPLETNIE nie potrafili wczuć się w klimat.
Dosłownie NIKT nie wczuł się w swoje role, wszyscy na nas dziwnie patrzyli, podchodzili, żeby pogadać, pytali się "jak można was zabić?", albo po prostu stawali i ładowali w nas całego hi-capa, specjalnie celując w głowy.
Kaziu miał kask, ale ja tylko kaptur, więc było dość nieprzyjemnie. Nie były to przypadkowe strzały tylko pojedyncze powtarzane trafienia w głowę. Mieliśmy kilka takich akcji.
Kręciliśmy się tak do 16.00 (do przerwy). Zupełnie nikt nie kombinował, tak jak na Nysie. Zero rzucania batonów i sprawdzania na co reagujemy, a na co nie. Czułem się jak tarcza na niedzielnej jebance. Nikt też nie reagował na nasze trafienia, w skutek czego nie rozdaliśmy nawet jednej z posiadanych kart, przy których narobił się Memo.
Jedyna klimatyczna akcja jaka się zapowiadała pod bazą wojska, okazała się kolejnym niewypałem. Kiedy wojacy zaczęli trochę myśleć, zamiast strzelać, wyleciał ktoś z wielkim młotem rodem z Final Fantasy i zajechał mnie nim w plecy z jednej ręki, a potem wytłumaczył, że jestem ogłuszony. To mnie kompletnie załamało. Potem dostałem oklep nożami. Nie wiedziałem już, czy jestem na konwencie fantasy czy na Stalkerze.
Byliśmy straszliwie zajarani tą imprezą. Szykowała się znakomicie, a świetne przygotowanie ze strony orgów tylko nas w tym upewniło, aż do 16 wierzyliśmy, że coś z tego będzie. Bardzo się rozczarowaliśmy. Byliśmy pewni, że to będzie najlepszy stalker w naszej historii, jednak okazał się najgorszym.
Bywalcy Nysy mogą poświadczyć, jak świetny klimat robiliśmy chociażby na Nysie IV i jak znakomicie współpracowaliśmy z organizatorami, żeby zrobić na larpie coś fajnego. Wrażenie było niesamowite i mieliśmy od groma świetnych akcji, nie było stalkera, który nie miał by z nami przygód. Nasze stylizacje tak jak w zeszłym roku były odpicowane w każdym calu. Na "Odkrycie" przyjechaliśmy w tym samym celu, żeby larpować najlepiej jak się da i z tym samym zapałem (a nawet większym). Nie mieliśmy szans.
Niestety, imprezę stanowczo zaliczamy do nieudanych, przede wszystkim ze względu na brak odgrywania postaci i zero klimatu w stosunku do nas (co dziwne, bo mieli być sami starzy wyjadacze). Robiliśmy co się dało, aż trafił nas szlag i wykończyliśmy się po 6 godzinach biegania w upalny dzień w kombinezonach przeciwchemicznych.
Wszystkich stalkerów rozczarowanych sytuacją i zawiedzionych brakiem powtórki z kwietnia, przepraszamy, robiliśmy co mogliśmy :)