Jantas
Operator Czatu I-
Posts
210 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Jantas
-
Trochę czytania ze zrozumieniem - pierwsze słowa tyczyły się domorosłych patentów spod budki z piwem, drugie publikacji naukowych dotyczących np. roślin jadalnych i trujących. Taka różnica jak pomiędzy chirurgiem a wioskowym znachorem...
-
Apel o zapoznanie się z literaturą występował wcześniej, ale powtórzony przeze mnie został celowo. Według mnie jest to jeden z ważniejszych etapów przygotowania do wyjścia w teren. Co do osobistych doświadczeń i patentów - no właśnie OSOBISTYCH - każdy sam sobie je wytwarza na własne potrzeby. Każdy sam poznaje swój organizm, jego wymogi i ograniczenia. Jeśli u kogoś się coś sprawdza to nie oznacza, że sprawdzi się u drugiego - bardziej prawdopodobne, że zaszkodzi. Znane przysłowie mówi, że jak coś jest do wszystkiego/dla wszystkich to jest do... tyłka. Dlatego drogi Placek - skoro już poczytał odpowiednią literaturę - powinien ruszyć cztery litery i iść w las (najlepiej z jakimś poradnikiem w łapie), nazbierać zalecanego zielska, wrócić do domu i próbować co dobre, co przeczyści a co do szpitala zaprowadzi. To współczuję - człowiek ma potrzebę nabywania nowych umiejętności. Jeśli ktoś kiedyś sprawdził, wypróbował, opisał i wiedzą się podzielił to dlaczego z tego nie korzystać. Gdybym osobiście kilku rzeczy nie przeczytała to nie wiem czy wróciłabym z mojej pierwszej wyprawy. I nie mówię tutaj o czytaniu forów, bo na nich bardzo często pojawiają się informacje, których autorzy powinni się w główkę puknąć ;) P.S. I proszę mi tutaj nie panować ;)
-
Więc następnym razem zanim zadasz pytanie zastanów się dwa razy... Osobiście uważam, że najpierw powinieneś zapoznać się z literaturą fachową - księgarnie stacjonarne i internetowe nie są dla wybranych i wstęp do nich wolnych. Podręczny spis literatury odnośnie tematu masz w podanym linku w połowie strony: http://survival.strefa.pl/ksiazki.htm
-
Hydrofobizacja pozwala zapobiegać przedostawaniu się wody do buta. W praktyce wygląda to tak, że masz sucho jak chodzisz w deszczu albo po rosie. A jeśli zdarzy Ci się już but zamoczyć, bo - jak pisałam wyżej - masz marsz przez strumień lub rzekę i woda wlewa Ci się przez cholewki to but wysycha bardzo szybko. Chwyt marketingowy to nie jest, bo buty były robione dla wojska hamerykańskiego. Literki oznaczają rzeczywiście szerokość stopy. R - regular, EW - extra width, itd. EW to już naprawdę wielka stopa. Rozmiarówkę musicie sobie znaleźć sami - ja osobiście sprawdzałam w jednym ze sklepów internetowych, którego nazwy nie podam, bo to pewnie niedozwolone jest na tym forum ;)
-
U tego sprzedawcy http://stores.ebay.com/Bargains-Plus-More szukajcie tych butków Bates 50501 USMC Durashocks Lightweight Boot.
-
Ja osobiście polecam te butki. http://cgi.ebay.com/Bates-50501-USMC-Duras...Z-8-EW_W0QQitem Z110325256430QQihZ001QQcategoryZ63850QQcmdZViewItemQQ_trksidZp1742.m153.l1262 Są przewiewne, lekkie. Jeśli się je zamoczy tak solidnie (np. chodząc w strumieniu) wysychają całkowicie w piętnaście minut i to na nodze. Mieszczą się w kwocie jaką sobie obrałeś - zostanie Ci jeszcze na drugą parę zimową (choć i te w zimie całkiem dobrze się sprawdzają z cieplejszymi skarpetami). Przesyłka jest szybka - ja dostałam je w niecałe dwa tygodnie - o ile celnicy Ci ich nie przetrzymają ;) P.S. Admin mógłby popracować nad linkiem, bo mi coś nie wychodzi jego prawidłowe zamieszczenie :(
-
Oprócz ptaków także nasi mali "przyjaciele" też nam mogą pomóc w określeniu pogody. Jeśli komarzyszka w tyłki tną niemiłosiernie a drobne owady do ust wpadają to możemy być pewni, że pogoda będzie dobra. A jeśli na podmokłym terenie komary w miarę, miarę dają nam spokój (czytaj jeden pomylony atakuje) to bardziej niż pewne jest to, że pogoda się popsuje. Dodatkowo na tych terenach przed zmianą pogody na gorsze będzie bardziej wyczuwalny zapach wody - tej stojącej oczywiście. Dodatkowo jeśli wieczorkiem jest ciepło i duszno to dnia następnego możemy się spodziewać opadów. A jeśli sięgamy po polarek, bo nam tyłki lekko przemarzły to następnego dnia na osiemdziesiąt procent będzie cieplutko i sucho od samego rana (sucho od momentu jak poranna mgła i rosa ustąpi :)). Jeśli snop dymu idzie w górę to będzie fajnie. Jeśli mgły i rosy nie ma to lipa - fajnie nie będzie :) P.S. Coś tam kiedyś słyszałam tez o pająkach, ale nie pamiętam co i nigdy nie sprawdzałam ich zachowania - ktoś może mnie oświecić o co tam z nimi chodziło?
-
Ale zgrzytów nigdy się nie uniknie. Można je co najwyżej zminimalizować. Jak to zrobić to już zależy od wyobraźni każdego. Pomocne jest w tym niewątpliwie działanie. Jakiekolwiek. Jeśli jesteśmy w leśnej głuszy jest to trochę trudniejsze do osiągnięcia - nie spakujemy przecież swoich zabawek i nie zmienimy od tak piaskownicy. Jeśli są to milsimy to zawsze są jakieś warty, zadania. Ale rzeczywiście nie zawsze to wystarczy. Mi osobiście pomaga dodatkowo mały dymek (nie zachęcam do rozpoczynania zgubnego nałogu palenia :)) i różne "robótki ręczne". Zawsze po jakimkolwiek obozie lub wędrówce wracałam z kilkoma "dziełami" - a to z koszykiem z kory lub jakichkolwiek chabazi, kapelutkiem z pałki wodnej. Mistrzostwem świata była makatka z trawy :) Ale to już zrobiłam jak myślałam, że cały obóz rozniosę. Ale ze swojej strony uważam, że niekiedy takie spięcia są w grupie potrzebne. Każdy powoli się uczy gdzie są granice wytrzymałości współtowarzyszy a z czasem znajduje sposoby zapobiegania zgrzytów. To tak jak w rodzinie. Kiedyś zastanawiałam się dlaczego rodzeństwo (a jak! - sobie takie porównanie zrobię:)) jak jest małe to sobie oczy wydrapuje a jak dorasta to trzyma sztamę, że hej. I znalazłam odpowiedź właśnie podczas moich wojaży (może późno, ale psychologii nie studiuję). Na początku z każdą nową ekipą jest ciężko. Nie ma jasnego podziału zadań, jedni robią wszystko a inni nic. Ale później się człowiek dociera, wspólnie wyznacza się zadania, nie ma miejsca na nudę (może to ideał, ale do osiągnięcia możliwy) i w miarę częstszych spotkań już jest coraz lepiej. To tak jak ze stopą niedoświadczonego turysty i jego nowym butem. Kupuje świetne obuwie i od razu wyrusza na szlak. No i obtarcie gwarantowane. Ale w miarę upływu czasu but się wyrabia i nie wyobrażasz sobie innego na swej stopie podczas wędrówki. P.S. Mam nadzieję, że w miarę przejrzyście przedstawiłam tok swego rozumowania (ciężko jest ubrać myśli w słowa ;)).
-
Zgadzam się :) Na niejednej imprezie wyjazdowej (i nie mówię tu tylko o pobycie np. w lesie) wspólna micha to podstawa. Jestem w Bractwie Rycerskim. Na samym początku każdy miał własne żarełko, każdy jadł wtedy kiedy chciał i co chciał. Powiedzenie "przez żołądek do serca" nie tyczy się tylko sytuacji damsko męskich. Zdarzało się, że jednak kilka osób spotykało się na wspólnym "biesiadowaniu" i wtedy tworzyły się pewne podgrupy... Nieraz ciężko nam było się między sobą dogadać :) I nadszedł kiedyś czas gdy pięć osób organizowało atrakcje na długi weekend majowy. Jednym z pomysłów było częstowanie turystów skromnym poczęstunkiem, no ale kasa bractwowa świeciła pustkami. Powstał genialny plan, żeby włożyć w ten "interes" pieniądze z prywatnych kieszeni (i tu przepraszam za wyrażenie) członków. Kwota nie była oszałamiająca - każdy zrezygnował z paczki papierosów i piwa :) Niektórzy robili to z oporem, ale terror to genialna sprawa :) Dodam, że było nas dwadzieścia cztery osoby, więc sobie obliczcie ile uzbieraliśmy. Wsadziłam się w auto razem z pomocnikiem, przejechaliśmy w obie strony łącznie 58 kilometrów i przywieźliśmy zakupy (trzy pełne wózki z hipermarketu pełne wszystkiego a i za paliwo mi się zwróciło :)). Ogólnie każdy pomagał najpierw w rozpakowywaniu (a co to za cuda dotarły), później w przygotowywaniu półproduktów (tutaj już mniej chętnych było) a w końcu w gotowaniu (zostaliśmy we dwoje, ale i tak do jedzenia nie pluliśmy mimo, że ochota była, bo kuchnia polowa jaka jest każdy wie a stać przy niej w upale w historycznym stroju to średnia przyjemność). Efekt końcowy: - przez trzy dni każdy chętny turysta dostawał jedzonka ile tylko chciał i zmieścił (niektórzy przyjeżdżali co dzień z odległych dwóch kurortów tak im smakowało); - my mieliśmy żarełko przez sześć dni (urozmaicone śniadania, obiady staropolskie i lekkostrawne kolacje i tylko dwukrotnie potrawa się powtórzyła) a i pieski zamkowe załapały się na duże co nieco. Ale po co o tym piszę w temacie survivalu?! Bo najważniejsze jest to co się stało z nami jako grupą po tym okresie a stać się to przecież mogło z każdym nawet w leśnej głuszy. Niejako z przymusu posiłki były jadane wspólnie (bo kucharz też ma prawo do wolnego). Każdy musiał coś przy nich zrobić (czy przed czy po posiłkach - i nie piszę tutaj o kupie). Po drugim dniu wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że wspólne gotowanie jest frajdą i scala grupę, po drugie nikt już nie musiał poprzestać na kanapkach i zupkach chińskich. A po trzecie - wychodzi bardziej ekonomicznie (ciekawe kto przez pięć dni jest w stanie skombinować sobie po trzy posiłki dziennie pełne mięsa, warzyw i owoców za jedyne dziesięć złotych i to na cały ten okres). Teraz jak jedziemy czy na nasz zamek czy inny, czy wybieramy się w góry czy nad jeziora zawsze spotykamy się wcześniej, ustalamy jadłospis, robimy zrzutę, zakupy, dzielimy się "balastem" i... o nic się nie martwimy :)
-
Walker86 - skoro śmieszą się posty innych to może sam napiszesz coś wnoszącego do tematu... z czego śmiać się nikt nie będzie i z czym się wszyscy bez szemrania zgodzą. Śledzę ten temat i jak do tej pory wiele pomysłów (niekiedy mimo swej pozornej absurdalności lub niepraktyczności) jest skutecznych. Pamiętam jak kiedyś na obozie kumpel rozpalał ognisko za pomocą w/w smalcu. Męczył się ponad godzinę, ale w końcu rozpalił. A dlaczego o tym piszę? Bo pozostała siódemka obozowiczów miała ubaw po pachy jak zaczęła mu pomagać w tym rozpalaniu. Niektórzy tutaj chyba zapominają o klimacie jaki powinien panować podczas takich wypadów... Ale i tak najlepszymi zegarkami były te pożyczone od dziadka z kompasem na pasku :wink: