Rann
Użytkownik-
Posts
95 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Rann
-
Różnica: kofeina zawarta w kawie zabije mrówki. Cukry (obecne w cynamonie, dla przykładu) przyciągną w określony punkt, odciągając od obozowiska. Jedyne pytanie, to którą metodę dany 'siurwiwalowiec' preferuje.
-
Jeśli ochodzi o sprzęt typowo ASG, to tylko na niego tam 'rzucałem okiem', więc powstrzymam się od komentarzy. Ale jeśli mówimy o całej reszcie - odzieży, szpeju, różnych akcesoriach itp. to kupowałem u nich wielokrotkie najróżniejsze rzeczy (od naszywek, przez t-shirty, elementy mundurowe i buty aż po... hamak :D) i o ile peonów nie będę tu śpiewał, że są jacyś mega-wspaniali, to po prostu tak sklep jak i obsługa są całkowicie na poziomie - i fajny klimat, i sympatyczni, pomocni ludzie za ladą, i dobry asortyment w logicznych cenach. Czego więcej chcieć? :)
-
Masz na myśli Militaria24.pl. Otwarty został w czerwcu zeszłego roku i jest jednym z dwóch stacjonarnych przedstawicielstw Gunfire.pl
-
Ładny zonk... no ale skoro to CM, to spoko - nie jest to shit. Aczkolwiek i tak poszukałbym na Twoim miejscu tej samej repliki gdzie indziej. Tak dla pewności, że nie będzie problemu z serwisem czy czymś podobnym.
-
Eeee... a to przypadkiem nie była niedziela? :P
-
Technika skrytego poruszania się w lesie
Rann replied to lightowo's topic in Taktyka - teren zalesiony
Diablo to podobne to starej harcerskiej zabawy. Tylko tam nie było opcji odstrzelenia komuś czterech liter. Podoba mi się :-F Tylko w sumie, to jest zabawa w 100% S/M. Bo jak jesteś dobry, podejdziesz cicho, na metr od gościa w środku, a tu nagle coś Ci brzdęknie, on strzeli z tej odległości... hmm... ała. Ale cóż, no pain - no gain. Albo game, jak kto woli ;) Ej, moment, gdzieś tam u mnie w szufladzie leżał jakiś pistolecik z kiosku kupiony ładnych parę lat temu... hmm... to ja chcę być w środku :P -
Dobra sprawa to wspomnianej w innym temacie 'puszki survivalowej'. 50l przefiltruje, czyli przy standardowym dziennym zużyciu wody (średnia aktywność itp.) w wysokości 3 litrów, jakieś dwa tygodnie można z tym pociągnąć. A i duże to to nie jest. Chyba się zaopatrzę. Bo on NaPo to tez można czasem, za przeproszeniem, sraki dostać ;) [kurde... przewija mi się ten temat i przewija... chyba powinienem udać się do psychologa]
-
Dlatego właśnie pierwsza fajka w ciągu dnia, jaką zwykle spalam po wyjściu z domu, sprawia, że potem do pracy idę naprawdę SZYBKO... ale dobra, koniec Off-Topu ;)
-
To ja tu się produkuje, a szpargal zawiera to wszystko w jednej złotej myśli... czuję się głupi. Wracam do szkoły :wink: ;)
-
@ cziman Ja proponuję przyjrzeć się serii Smith&Wesson ExtremeOps. Powinny spełniać codzienne wymagania. Osobiście zawsze noszę przy sobie ich nóż ratowniczy (zbijak do szyb i przecinak do pasów w zestawie) i jestem zadowolony z funkcjonalności. Jego 'bajery' (a więc zbijak i przecinak) testowałem. Szyba w samochodzie pójdzie bez problemów, pas bezpieczeństwa również. Podobnie wszelkie pasy parciane itp. Znajomy bierze taki ze sobą zawsze, gdy wybiera się na skałki (to nie moja branża, ale on twierdzi, że się sprawdza). Dość uniwersalne ostrze codziennego użytku. Klamra do zaczepienia za pasek, liner lock i zaczep pomagający otworzyć ostrze jednym ruchem kciuka. Do tego ostrze nie jest prowadzone na sprężynie, więc nie ma możliwości, że samo się otworzy i Cię wykastruje ;) Niestety, mimo usilnych poszukiwań, nie odnalazłem nigdzie w necie linku do przedstawienia go. Ale ogółem - polecam składany nóż ratowniczy o podobnych specyfikacjach.
-
Inny dobry sposób na... eee... rozwolnienie, ale dla palaczy: nie palić. Po jednej fajce w trakcie rozwolnienia goni w krzaki, jak diabli ;)
-
Chyba mnie nie zrozumiałeś. Daleki jestem od takiego stwierdzenia. Znalazłem tylko fragment mówiący o tym, że woda posiada pewną fizyczną kaloryczność. To była CIEKAWOSTKA. Co nie zmienia faktu, że ta kaloryczność nie daje nam absolutnie NIC. Energia energią, ale bez przesady. Samo picie takiej ilości dziennie nie tylko wydaje się kuriozalne (śmieszne? komiczne? bezsensowne? NIEMOŻLIWE?) ale nawet gdyby komuś się udało, to jakby nie patrzeć - woda sporo z organizmu wypłukuje. Nie twierdzę, że na kaloriach pozyskanych z wody można cokolwiek przeżyć. Twierdzę tylko, że woda posiada pewną kaloryczność. Co nie znaczy, że w czymkolwiek przydatną. Nie trzeba się od razu unosić, spokojnie.
-
No właśnie nie do końca... "Woda ma pewna kaloryczność i ta kaloryczność może zastąpić kaloryczność pożywienia. Każdy dietetyk to powie - woda ma zero kalorii. No tak icon_smile.gif Czy wiec, te badania są bez sensu? Otóż nie, gdyż jest to tylko półprawdą. Woda nie podlega procesowi metabolizmu, a wiec nie jest rozkładana w naszym organizmie, na substancje prostsze (tlen i wodór), dlatego tez organizm nie może czerpać z niej energii i pod tym względem woda ma kaloryczność równa zero. Z drugiej jednak strony każde ciało podgrzane do pewnej temperatury może zostać ochłodzone przez kontakt z ciałem zimniejszym, aż ich temperatura wyrówna się. Następuje w tym procesie przekazanie energii cieplnej, a wiec pewnej ilości kalorii. Jedna szklanka wody ogrzana do temperatury 80 stopni Celsjusza przechowuje energię, która oddaje do organizmu w postaci ciepła, w ilości równej: E = 0.25 [kg] * 1 [kcal] * (80-40) [*C] = 10 [kcal] Ile szklanek potrzeba wypić, aby zaspokoić dzienne zapotrzebowanie organizmu (energetyczne): I = 3000[kcal]/10[kcal/szklankę] = 300 [szklanek] Ile to litrów? Il= 300/4 = 75 [l] Wnioski: Każda wypita przez nas szklanka wody dostarcza organizmowi 10 kcal. Aby pokryć dzienne dobowe zapotrzebowanie organizmu na energię, musielibyśmy wypić 75 litrów wody. Zwróćmy uwagę, ze dla herbaty z cukrem sytuacja jest inna." Za stroną http://student.agh.edu.pl/~robxt/articles/energetyka.html To była tylko mała dygresja, bo nie zmienia faktu, że śnieg nie ma 80'C :) W przypadku zimnego (jakby nie było) śniegu, to rzeczywiście - nie posiada on żadnych kalorii. [Edit: zmiana szyku zdania na bardziej zrozumiały i nie robiący ze mnie idioty :)]
-
No dobra. Co kto lubi. Ja po prostu za tanto nie przepadam w użytkowaniu. Ale i tak jest śliiiiiiiiczneeeeee...... Tak samo jak kukri uważam za brzydkie. Ale skuteczne. Do określonych celów ;) Zboczony jestem, czy co? :P
-
Tanto to wspaniałe noże bojowe. Ale w gruncie rzeczy poza zabijaniem, chyba do niewielu rzeczy się przydadzą. No, można jeszcze paznokcie wyczyścić ;) Ale jedno jest pewne - sama forma tych noży jest po prostu śliiiiicznaaaaa.... :)
-
Może po prostu ja jestem zdolny? :P A tak serio - sam nie wierzyłem, jak gdzieś wyczytałem. Ale potem sprawdziłem, intencjonalnie. No i się udało. A że byłem wtedy jeszcze w LO, to z pokorą poszedłem do nauczycielki fizyki, by objaśniła mi to zadziwiające zjawisko :-F Pokrótce: chodzi o to, że jak władujemy dużo zbitego śniegu do pojemnika, to efekt mamy taki, że dołem powstaje woda (która się gotuje) potem mamy cienką warstwę lodu (pod wpływem temperatury i ciśnienia gotującej się wody, powstaje taka warstewka), a powyżej zbity śnieg. Efekt jest taki, że woda próbuje parować, ale nie bardzo się jej udaje. Więc energia szuka innej drogi ujścia. No i przepalamy metalowe naczynie... Oczywiście nie ma to zastosowania w jakichś małych naczyniach... zazwyczaj. Ja testowałem na starym stalowym wiadrze pełnym zbitego śniegu (przepaliło jak diabli) a potem na aluminiowej menażce (zero efektu, wszystko ślicznie). W obu przypadkach na takim samym płomieniu. Więc trochę to zależne od wielkości pojemnika itp. Może w tym rzecz? Ogień był za mały by roztopić całą zawartość wiadra, ale wystarczający, by stopić zawartość menażki... głupi, wcześniej o tym nie pomyślałem. Ale jak to mówią - strzeżonego Dure... eee... Pan Bóg strzeże. Więc lepiej czasem na zimne dmuchać. (Hmm... w tym wypadku to chyba kiepska metafora... a może to był idiom? Kurde... znowu muszę zacząć czytać...) Zapoznałem się. Przyznaję, najwyraźniej działa... ale pogrzebałem dalej i znalazłem też to: KLIK - Wikipedia.pl - SODIS Wyraźnie piszą, że jest to metoda przeznaczona raczej na tereny równikowe. Do tego raczej nikt z nas nie nosi przy sobie blachy falistej (chyba, ze folia NRC albo zwykła alu zdałaby tu egzamin). Ponadto to musiałoby być naprawdę znaczne dotlenienie... takie, jak tuż za spadkiem wodospadu czy jakąś kataraktą, żeby wyrównać to zalecane '20 sekund potrząsania'. No i trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że w takim rwącym strumieniu woda co i raz jest zanieczyszczana, nawet w ciągu tych zalecanych 6h. Przez ten czas przebędzie długą drogę (więc zdąży się ponownie zanieczyścić), w strumyku nie ma lachy, folii ani niczego takiego i ogólnie... sorry, ale SODIS nie pasuje mi do strumienia :/ Co innego, że metoda sama w sobie - pod warunkiem, że NRC albo alu się sprawdzą w systemie - całkiem miła. Tylko żeby wyprodukować dzienną dawkę 3l wody, trzeba by nosić ze sobą dwie czyste, nieuszkodzone, jak najbardziej przeźroczyste plastikowe lub szklane butelki. Troszkę jak dla mnie za dużo zachodu... zostanę przy NaPo. Aczkolwiek fajny sposób na jakieś dłuższe pobyty w jednym miejscu. Tu nie przeczę. Przetestuję to na tegorocznym obozie. Tylko najpierw, na wszelki wypadek, zaopatrzę się we wspomniany wcześniej Stoperan ;)
-
Kukri nie jest uniwersalne, chleba nim nie pokroisz (no dobra, pokroisz, ale najpierw sobie nerwy zszargasz), konserwy nie otworzysz (rąbiąc...?), 'śledzia' z drewna nie wystrugasz. Wiem co mówię - sam korzystam z kukri Cold Steela. OK, jest w nim wiele, można to nazwać, uniwersalności. Drewno porąbiesz, chwasty pod namiot wykarczujesz, dużą suchą gałąź z chrustu opitolisz, a jak Ci nie żal ostrza, to i okopiesz nim namiot. A w razie ataku autochtonów i gardziołka ponaprawiasz :-F Ale prędzej klocka postawisz, niż wykonasz nim jakieś drobniejsze, bardziej precyzyjne prace. Do takich rzeczy najlepiej nadaje się klasyczne, proste ostrze, jakiś drop-point (tanto osobiście nie polecam... nie lubię, nie wiem czemu) czy coś w te gusta. Krótkie ostrze, koło 10-12 cm maksymalnie, może być składane. Dla wygody. Do tego możesz nosić nawet 33-cm kukri (a raczej maczetę/nóż WZOROWANY na kukri, bo prawdziwe kukri to tylko w Nepalu) i wtedy masz zestaw względnie wszechstronny (choć ja do tego zwykle dorzucam jeszcze ostrze 'pośrednie' - 18 cm. Tylko ciężko z tym wszystkim czasem :roll: ). Bo nie ma czegoś takiego, jak uniwersalny nóż. Uniwersalna to może być tylko Smecta. Jak to mawiała pewna babcia w reklamie pewnego wybielacza - co jest do wszystkiego, to jest do niczego.
-
Niektóre Finki to nawet całkiem fajne są... http://bi.gazeta.pl/im/2/3880/z3880192X.jpg
-
Skąd takie informacje? Bo czysto logicznego punktu widzenia w takiej sytuacji woda w płytkim strumyku również powinna być sterylnie czysta. Natężenie promieni UV w dolnych partiach atmosfery jest już chyba zbyt niskie, by cokolwiek zaszkodzić drobnoustrojom. Aczkolwiek biologię miałem w ogólniaku jeszcze, więc mogę się mylić. No więc: jakieś źródła?
-
Nom. I jeszcze Stoperan. Tak na wszelki ;)
-
Tylko przy pozyskiwaniu wody ze śniegu/lodu nad ogniem, powinniśmy jednorazowo topić małe ilości (wrzucić garść śniegu, podtopić, dorzucić śniegu, podtopić, dorzucić... itd.) bo inaczej można całkiem łatwo pozbawić się dobrej menażki... przepala się, po prostu.
-
Foka, zwróć uwagę, że kolega dopiero startuje z survivalem, więc magnezja nawet wskazana ;) Choć zespolona z krzesiwem to rzeczywiście kawał bydlaczka. Zawsze można jednak nosić przy sobie, odpowiednio zabezpieczone, już gotowe wióry/opiłki, przygotowane wcześniej podczas nudnego wieczoru.
-
Powtórzę wcześniejsze wypowiedzi - no problem :) Widzę jednak, że myślicie z backup'em. Skoro planujecie budowę schronienia (stawiam, że to ma być szałas/ziemianka, a nie ogrodzenie dookoła obozowiska :]) a jednak bierzecie namioty, to w gruncie rzeczy świadczy o trzech rzeczach: 1) niewiele jeszcze umiecie w praktyce 2) jesteście tego świadomi 3) podchodzicie do powyższych dwóch faktów odpowiedzialnie. Sporo spotkałem ludzi, którzy naczytali się podręczników survivalowych, naoglądali telewizji, obkuli teorię, poszli na tygodniową wędrówkę... i wrócili po pierwszej nocy, bo "twardzi byli, to namiotów nie wzięli, a noc taka ładna była, bezchmurna, to na gołym nocowali, a jak się zimno zrobiło, to nie mieli jak ognia rozpalić, bo krzesiwo nie chciało działać" ;) Nie wygląda, by w Waszym przypadku miało się to tak skończyć, czego swoją drogą serdecznie Wam życzę ;) Mój sposób na pierwszą 'wyprawę survivalową'? Zabezpieczyć się. Wziąć żywność i tak naprawdę wszystko, co potrzeba, zapakować to w osobny plecak albo w worek i... zaplombować. Taki 'zestaw ostatniej szansy', gdyby okoliczności przerosły naszą wiedzę i umiejętności. A do tego trening siły woli ("Po ch** mam łowić ryby i zbierać jagódki? Mam przecież konserwę i dżemik od babci w plecaku... tratatata, zaraz się najem.... eee... plomba, no tak. OK. Dobra. To gdzie ja położyłem tą żyłkę z haczykiem...?"). I powtarzać taką procedurę ze 3 razy. Od razu uzmysłowi to Wam, co jest w terenie absolutnie zbędne, branie czego przeszkadza (3 litry wody w plecaku to jednak jakiś ciężar, nie?) i nabierzecie swoistego doświadczenia, jednocześnie mając cały czas 'chronione tyłki' w razie awarii. Sam tak robiłem, gdy nie byłem pewny swych możliwości, i poskutkowało. Pierwszy mój wyjazd na 4 dni to 65l plecak spakowany na max, plus namiot, i całe to badziewie. Razem ze 25 kg na plecach. Totalna amatorszczyzna ;) Ostatni - 35l plecak i jakieś 5-6 kg. A tak duży plecak tylko po to, żeby do niego móc jeszcze jakichś fajnych kamieni nazbierać :-F Co do trasy - sorry, nie moje rejony. Ja się szlajam po Karkonoszach i Izerach :)
-
A może spróbować inaczej - nie odstraszać, tylko przyciągnąć je w inne miejsce? Rozsypać po 100-200 gram cukru albo czegoś innego z zakresu domowej cukierni jakieś 200 metrów od obozowiska po, powiedzmy, 'czterech stronach świata'. Cukier je przyciągnie, więc zajmą się nim a nie nami. A i one na tym skorzystają, więc wszyscy są zadowoleni ;) Najlepszym sposobem jest cukier w kostkach, bo muszą się z nim bardziej męczyć, więc zajmuje im to więcej czasu. Offset? Jest, oczywiście. Słodkości mogą przyciągnąć w rejon naszego obozowiska innych mieszkańców lasu. Coś za coś. Inna opcja, bardziej drastyczna, to wspomniany przeze mnie gdzie indziej patent z kawą zmieszaną z cukrem. Cukier przyciąga, kofeina zabija. Ale pierwszy sposób jest bardziej humanitarny. Co do spania w hamakach - na to też jest sposób. Przed każdym wypadem, gdzie zamierzam spać na hamaku, nasączam jego linki mocnym espresso. Nawet, gdy wyschnie, kofeinka pozostanie. I znowu załatwiamy ewentualnych intruzów. Po co się pchali? ;) [Edit: struktura gramatyczna zdania :)]
-
Niebezpieczne są w gruncie rzeczy przede wszystkim wściekłe zwierzęta, o tym trzeba pamiętać. Co do węży, żmij itp. to w Polsce jadowite węże nie występują. Co innego żmije. Mamy tu dwa groźne gatunki: żmiję zygzakowatą i żmiję czarną. Z tą drugą jest problem. To właściwie podgatunek zygzakowatej, można ją pomylić z zaskrońcem (choć jest większa i ma żółtą plamkę na podgardlu, a nie za 'uszami'), jeśli bliżej się nie przyjrzymy. Występuje przede wszystkim w Bieszczadach... i ponoć tylko tam. Choć zdarzały się dziwne sytuacje, gdy na pojedyncze sztuki trafiano dalej na północy Polski (pewnie jakiś 'yntelygend' taką wywiózł i gdzieś zostawił... nie wiem, nieistotne). Tylko, że skubana może wyskoczyć na jakieś 50-70 cm w górę, czyli nawet wysokie i grube buty nie pomogą. Trudno. Co do zabezpieczenia obozowiska, to ja mam dość prosty sposób. Zrobić mieszankę z tytoniu (świeżego, najlepiej najniższej jakości - mocniej capi), zmielonej kawy (od razu pozbędziemy się mrówek, kofeina je zabija) i pieprzu (psowate go nie lubią). Obsypujemy czymś takim okolice obozowiska i śpimy w miarę spokojnie. Możemy też dorzucić dwie pary starych skarpet i jakieś gatki, żeby śmierdziało człowiekiem :P Druga rzecz, już opisana, to ukrywanie jedzenia, jak już niejedna osoba wspomniała. Foliowa torba i pod ziemię albo na drzewo, najlepiej poza terenem obozowiska. Powinno wystarczyć. A nawet, jeśli zwierzaki nam się do prowiantu dorwą, to dzięki umiejscowieniu go poza obozem przynajmniej nie wyrządzą większych szkód. A jak już zostaniemy zaatakowani (nikła szansa), to chyba pozostają dwie rzeczy: spokój i... gaz pieprzowy. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, jest skuteczne. Choć okrutne dla zwierzęcia :/