Widzę, że temat alkoholu został przysypany i przyklepany. Nie dziwię się. Organizator nie wypominał, nie ganiał. Interweniował dopiero gdy dochodziło do scen. Regulamin zlotu uleciał niczym gaz z puszki. Traktowałem tą imprezę i jej uczestników cholernie poważnie. Poczułem się do roli do której mnie wyznaczono - G.D. Sił Osi. Najpierw w piątek musiałem wycofać się z NS-a, bo od samych oparów (bez aluzji) można było stracić przytomność, a następnego dnia przecież miałem przynajmniej częściowo odpowiadać za klimat i przyjemność płynącą z gry. Potem było tylko gorzej. Dołująca była powszechność zjawiska, także po stronie Czerwonych. Pomyślałem, trudno, chlopaki się bawią... wystarczy jak sztab będzie trzeźwo myślał. Ale kiedy zobaczyłem w trakcie zbiórki w Gierłoży Dowódcę Sił Aliantów ledwo trzymającego się na nogach. Mój oponent. Przeciwnik. Totalnie olał swoich chłopaków. Olał wszystkich uczestników. Ważniejszy okazał się browar. Dopiero druga interwencja u Organizatora spowodowała wycofanie człowieka z gry. Na jego i nasze szczęście. Oczami wyobraźni widziałem ciało nadziane na pręty lub strzał z przyłożenia. I tak. To ja jestem odpowiedzialny za zmianę Dowódcy Aliantów. Mam nadzieję Rudi, że nie masz mi tego za złe.
Przyznam, iż w trakcie trwania scenariusza obawiałem się błyskotliwych posunięć Aliantów. Niestety brak centralnych decyzji i tak zachwalana przez niektórych samodzielność (czyt. samotność) poszczególnych oddziałów mnożyła tylko błędy. Wycieczka na nasz Sztab pierwszego dnia, mimo że Organizator praktycznie wykluczył go z gry miała na pewno głęboki ukryty sens. Efekt dałyby działania zaczepne na naszych tyłach, a tak musiałem tylko odpowiednio kierować ludźmi z respa, tak aby utrzymać ciągłość frontu. I przeć do przodu. Początkowa nieśmiała wymiana kompozytu przerodziła się później w ścianę ognia i widok od tyłu linii był naprawdę znakomity. Czerwonym dziękuję za zaangażowanie i inicjatywę, Niebieskim za trzymanie jednej, jedynej linii frontu i decentralizację dowodzenia. Ci z lewej nie wiedzieli co się dzieje z tymi z prawej. Szkoda było patrzeć na wysiłki (godne podziwu) pojedynczych oddziałów niebieskich. Mimo wszystko zmęczyłem się ogarnianiem bitewnego zamętu i problemami z łącznością. Z radością powitałem przerwę w grze. Potem bunkier. Fakt, że mieliśmy więcej chłopa, ale pozycje obronne ograniczały się do jednej strony (nazwanej przez nas południową). Północ była gładka niczym trawnik w ogrodach zakonnych. Położyłem się tam wraz z kilkoma desperatami. Rozsądne dozowanie amunicji. Strzały oddzielone 10-15 sekundowymi przerwami i trzymamy kilku Aliantów w szachu. Liczę, że jeżeli mają respa to zmienią kierunek ataku i przetoczą się po mnie jak walec. Kulka trafia mnie na ok.10min przed końcem scenariusza... Schodząc mijam chłopaka z niebieską opaską szturmującego kawałek betonowej ściany oddalony od bunkra o jakieś 20 m. Zapytał mnie czy jestem trupem. Odpowiedziałem, że tak. Wrócił do oglądania swojej ściany.
Drugiego dnia organizator zaznacza, że nie można blokować drogi. W samochodzie po zatrzymaniu mamy 20sek. na opuszczenie pojazdu. Mija jakiś czas. Czerwoni wykonują zadania. Specjalsi lądują na tyłach sztabu Aliantów. Skrzydła sił głównych napotykają na opór obrońców. Nagle widzę w odległości ok.50m stojący w poprzek drogi pojazd Aliantów. Wołam Czarnego i podbiegamy do auta. Niebieski jest zaskoczony, ale spokojnie opuszcza pojazd. Zaparkował pod Sztabem Osi. Gdybym dzwonił po tego Uaza nie mógłbym postawić go bliżej. Obawiałem się, że Niebiescy też zaczną od desantu, ale nie. Już nie mają czym. Potem dociera do mnie info, że droga została wysadzona. Niby czym? Granatami (których Org nie dopuścił)? Czyżby scenariusz zakładał takie akcje, byli przewidziani do tego jacyś "saperzy"? W myślach chylę czoła, bo przecież Org rządzi. I sami jako uczestnicy zrezygnowaliśmy w ten sposób z pojazdów, które miały być atrakcją tego dnia. Potem jest równy, ciężki bój. Na zmianę kierunku natarcia Niebiescy nie reagują. Nie widzę, żeby przesuwali siły. Oczekuję ich odwodów, a słyszę tylko wrzaski Hipopotama. Poganiam swoich. Myślę o Niebieskich idących z flanki. Ale nie, oni uzupełniają ciężko ostrzeliwane pozycje zamiast wyprowadzić kontratak. Znów słyszę krzyki. Cholera, to jeden z Czerwonych. Idę wyjaśniać. Zgodnie z postanowieniami Organizatora. Pojawia się i Organizator. Zaglądam do okopu, który był Sztabem Osi. To o ten kawałek gleby przyszło nam się tak tłuc. Widzę go pierwszy raz. W oczy rzucają się rozdeptane puszki po browarach. A nazywają ASG sportem.