Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...

Borec

Użytkownik
  • Posts

    23
  • Joined

  • Last visited

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

Borec's Achievements

  1. Ok, ale moje pytanie nie dotyczyło liczebności oddziałów tylko limitów uzbrojenia per oddział tzn. czy mając np. pepeszę mogę się spokojnie zapisać na grę np. do "Drużyna 3: Mieszana, uzbrojona w dowolną broń." czy jednak nie, bo na miejscu się okaże, że obowiązuje zasada iż "W każdym oddziale może być: 1xKM 2xpm/STG Reszta to czterotakty" i limit na pm jest już wyczerpany?
  2. To w końcu jak jest z tymi limitami poszczególnych rodzajów broni na oddział, bo chyba pojawiły się "małe" rozbieżności, miedzy tym: a tym:
  3. No więc Panie Kapitanie… Tfu! Wróć – Towarzyszu Kapitanie! Ja już wszystko powiem jak na świętej spow… Znaczy jak na zebraniu aktywu partyjnego! Ja z tym Lipą Finkielmanem, to się poznałem w sumie niedawno. Może ze dwa lata będzie… Ja nie wiem co on tam kiedyś robił. Jak sobie wypił, to się chwalił że kiedyś samego tow. Dzierżyńskiego poznał! Ale mało to ludzie głupot po bimbrze opowiadają? Nie, ja starozakonny nie jestem. Pochodzę ze Śląska, byłech hajerem na grubie, znaczy na kopalni… Ale potem jak kryzys nastał, baba w domu ciągle marudziła, no i bez to że trochę po szwabsko szwargotam, to zaczołem przez granica nosić różne towary, co to ich ludzie potrzebowali… Tam w okolicy Bytomia, są takie stawy – Żabie Doły na nie ludzie wołają, no to ja tam miałem taką dróżkę sobie znaną… Tak, tak! Już wracam do tematu – no więc całkiem nieźle mi to zaczęło hulać, ale w końcu policmajstry mnie capły za którymś razem i do anzla wsadzili, znaczy do tiurmy po waszemu. Swoje odsiedziałem, baba mi się zbiesiła i do innego poszła, to po wyjściu ją – hyc – do stawu i śladu nawet nie było! Ale, że policyjanty zaczeli węszyć, to stwierdziłem, że trzeba nowe życie rozpocząć gdzieś daleko. Jak pomyślałem – tak zrobiłem i pojechałem do Lwowa, bo słyszałem, że to piękne, duże miasto i wystarczająco daleko żeby zacząć wszystko od nowa. Tam się imałem różnych zajęć – i na targu robiłem i w fabryczkach różnych i za mechanika trochę, ale jakoś tak nigdzie miejsca nie zagrzałem. No i tam też poznałem towarzyszy z ruchu robotniczego, co we mnie obudziło świadomość klasową! Zaangażowałem się w działalność partyjną, ale po zamieszkach w ‘36 jak jednego stójkowego musiałem „francuzem” potraktować, to wyjechałem z miasta i trafiłem do Drohobycza. No i tam poznałem tego Lipę Finkielmana, nas skojarzył taki jeden towarzysz partyjny, szepnął mu słowo za mną i Finkielman mnie wziął do swojego warsztatu na pomocnika. Niby też był z niego komunista, ale pracy robotniczej to on nie szanował! Na dniówkach mnie łoił okrutnie, za byle co, jakieś potrącenia wymyślał, no ale zaciskałem zęby i tam u niego siedziałem, bo raz że nie miałem pomysłu co ze sobą zrobić, a dwa – że bliskość granicy podsunęła mi pomysł, żeby znów nieco ehm.. „handel międzynarodowy” rozruszać… A że Finkelman miał automobil i mnie nim po części i rożne sprawy załatwiać posyłał, to sprawę moją i inicjatywę mocno ułatwiało. Tak, że w sumie, to po pewnym czasie mógł sobie te swoje potrącenia w buty wsadzić! Ja sobie zorganizowałem kontakty po rumuńskiej stronie i stamtąd zacne trunki zwoziłem. Po radzieckiej stronie też pewne kontakty zdobyłem i te trunki tam doceniano. Z kolei miejscowi Ukraińcy, bardzo byli łasi na różne takie fanty, które od radzieckich towarzyszy czasem dostawałem. Finkielman czasem jak sobie przy szabasie wódkę otworzył, to sobie snuliśmy plany, jak to będzie gdy w końcu rewolucja z Kraju Rad ruszy w świat. Ja tak sobie myślałem, że się wtedy przydam, bo się na ludziach znam, bo dusza we mnie… tfu! Znaczy się - duch robotniczy, coraz bardziej dojrzewał! No i się doczekaliśmy! Jak wojna wybuchła, to już wiedziałem, że czasy przyśpieszyły i nadchodzi moment, w którym tacy jak ja – oddani towarzysze, będą w końcu coś znaczyć i zmienią ten świat na lepsze! Jakoś tak w połowie września zaczęli do nas zjeżdżać różni tacy dziwni osobnicy. Kogo tam nie było – jakieś tajniaki sanacyjne, ministry, dyplomaci no i różni tacy wojskowi wysoko postawieni. I dziennikarze różni tacy, wszędzie węszyli, nie bardzo wiadomo za czym. W naszą miejscową policję, to jakby diabeł wstąpił – zrobili się nerwowi, sztywni, no nie pogadasz z takim, a najlepiej to w ogóle nie podchodź! No to już wiedziałem, że czas jest bliski, koniec pańskiej Polski nadchodzi i że to całe sanacyjne tałatajstwo planuje chyba do Rumuni hycnąć. Szesnastego wieczorem czuć było w powietrzu już jakąś taką nerwowość. Poszliśmy z Lipą do karczmy zasięgnąć języka, co tam w szerokim świecie słychać, ale ludzi jakoś mało było, zagadać nie było z kim, tośmy parę słów zamienili z karczmarzem i jego pomocnikiem, który potem się okazał dobrym towarzyszem – zawsze chłopakowi dobrze z oczu patrzało, wypiliśmy po kolejce, zagryźliśmy ogóreczkiem i wrócili my do warsztatu. Tu muszę nadmienić, że ze względu na wojnę, a wcześniej jeszcze przygotowania do wojny, nam już w warsztacie od dłuższego czasu coraz bardziej wszystkiego brakowało. I z częściami było kiepsko i paliwo coraz droższe i coraz mniej go było. No, a Finkelman do mnie wtedy mówi, że jakby kto pytał, to żeby nikomu żadnego paliwa nie dawać i każdego z kwitkiem do niego odsyłać. No! myślę sobie – zwęszył interes, niby komunista, ale o prywatną kasę dba! Żeby się tak jeszcze, tą kasą uczciwie z robotnikiem podzielił, ale gdzie tam – klasa robotnicza musiała sobie radzić sama! To znaczy ja musiałem. No, ale pomysł miał dobry, bo w ten wieczór i noc to wszyscy zaczęli do nas biegać jak kot z pęcherzem! I wszyscy tylko: dajcie paliwo! Dajcie paliwo! Ambasadorowie się do Lipy ustawiali jak wiejskie baby do księdza! Prosili, obiecywali, targowali się, a Lipa nic, tylko słuchał tego ich gadania i czekał, który i co mu zaoferował. Wojskowi tez przychodzili. Do honoru się odwoływali, do patriotyzmu... Prosili, a potem grozili. Amatorzy! Od razu widać było, że podejścia do człowieka i interesów nie mieli... Nic dziwnego, że w tej sanacyjnej Polsce, tak się nam źle wiodło! No, ale w końcu i oni coś tam obiecywać zaczęli. Pojawił się też jakiś szemrany typ. Podawał się za przedstawiciela spółki, w ramach której Finkielman prowadził ten swój interes i chciał od niego pieniądze. Że niby dla tej spółki. No źle chłop trafił – i z czasem i z adresatem. I podejście też miał fatalne, bo coś tam zaczął Finkielmanowi grozić, a ten takich rzeczy płazem nie puszcza! I po swojemu sprawę załatwił – poszedł na policję i nadał im tego typa, jako radzieckiego szpiega. A ci już i tak podkręceni całą sytuacją i tymi wszystkimi ekscelencjami, którzy się nagle w naszej spokojnej mieścinie objawili, zaraz go capnęli i już tam po swojemu nad nim popracowali. No to mieliśmy go na razie z głowy… Pojawił się też jakiś dziennikarz z Łodzi, coś tam powęszył, coś zagadał, ale że nie wyglądał na takiego co ma jakąś kasę, to go Finkielman odesłał do wszystkich czortów. Ja to czułem, że on coś, tak jak by nas chciał podpytać... No i miałem nosa, bo się potem okazało, że to był radziecki agent, ale to już niestety za późno się dowiedzieliśmy, bo dopiero jak go „granatowi” bestialsko zastrzelili. No, ale jego ofiara dała nam impuls do dalszego działania, żeby zanieść tą tragiczną wiadomość do towarzyszy z Armii Czerwonej. Ja wcześniej podpowiedziałem Lipie, żeby się tak na pieniądzach nie koncentrował, tylko pomyślał trochę o powinności jaka na nas ciążyła, jako na uczciwych komunistach - znaczy się i że z tej całej zawieruchy jaka się rozpętała, ruch robotniczy powinien jakoś skorzystać. No i mu podpowiedziałem, żeby się ugadał z tymi ambasadorami na wpis dla nas, że niby będziemy przewozili przesyłki dyplomatyczne i żeby się nas wojskowi na granicach nie czepiali. A jak to będziemy mieli, to i pieniądze popłyną do nas szerokim strumieniem, bo nie będzie potrzeby chyłkiem przemycać jakieś drobne fanty, a będzie można przewieźć towar praktycznie hurtowo. A i do towarzyszy żołnierzy po radzieckiej stronie będzie można przekazywać informację na temat bieżącej sytuacji. No i Lipa dał się przekonać, jak mówiłem - miał chłop łeb do interesów! A to był dobry interes. No tak, tak, już wracam do rzeczy towarzyszu kapitanie! No więc, z tym radzieckim agentem, to było tak, że sobie ucięliśmy pogawędkę, ale po drodze go policja wzięła na komisariat, że niby coś tam z nim porozmawiać mają, czy on ma im jakieś zdjęcia zrobić – no już nie pamiętam dokładnie, ale poszedł z nimi. Ja poszedłem do karczmy, a tam pełno jakiś nieciekawych typów, nie wpuścili mnie, tylko do mnie celują i wrzeszczą - dawaj papiery! Dawaj papiery! Ręce do góry! No, nie ze mną takie numery! Też narobiłem rabanu, zacząłem wzywać policję, że do człowieka celują, właściwie nie wiadomo kto, że do gospody nie wpuszczają, nie wiadomo dlaczego. Przybiegł zaraz nasz przodownik, ale tylko mnie dodatkowo zrugał, że awantury wszczynam i celą pogroził. Widać było, że zestrachany był bardzo. Coś wisiało w powietrzu! Kazał mi wracać do warsztatu i nie włóczyć się po nocy. No, myślę sobie - coś tu się kroi, i faktycznie ledwo wróciłem – strzelanina na ulicy – policja zastrzeliła tego dziennikarza z którym rozmawiałem. Szybko się okazało, że miał przy sobie dokumenty z których wynikało, że jest radzieckim agentem. W międzyczasie Lipa załatwił już te wpisy dla nas w paszportach, więc stwierdziliśmy, że nadeszła pora, by się ulotnić z miasteczka, bo atmosfera gęstniała z każdą minutą, towar ze skrytek za granicą, sam się nie przewiezie, no i trzeba poinformować towarzyszy z Armii Czerwonej o bestialskim morderstwie radzieckiego agenta. Komunistyczna powinność, nade wszystko! Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy najpierw na radziecką stronę, tam bez większych komplikacji odnaleźliśmy skrytkę z zapasem paliwa, zapakowaliśmy do automobilu i pojechaliśmy w okolicę radzieckich koszar, które znalem z wcześniejszych wypadów. Zameldowaliśmy się u towarzysza dowódcy. Ach co to był za człowiek! Prawdziwy człowiek radziecki, oddany sprawie zwycięstwa rewolucji! I choć wieści nasze nie były pomyślne, to szybko zorganizował z nami i agentami Razwiedupru odprawę, na której ustaliliśmy dalsze kroki i działania. Wdrożył nas w plan wkroczenia Armii Czerwonej i wyzwolenia spod sanacyjnego reżimu. Ustaliliśmy, że Armia Czerwona wkroczy o godzinie 4:00, a naszym zadaniem było wsparcie agentów Razwiedupru w działalności dywersyjnej i pomoc w przejęciu miasteczka. Po zakończeniu odprawy, jako że mieliśmy jeszcze nieco czasu, udaliśmy się na rumuńska stronę, gdzie nie bez pewnych komplikacji, ekhm… że tak to ujmę - nawigacyjnych, spowodowanych serdecznością i gościnnością towarzysza dowódcy, odnaleźliśmy uprzednio przygotowana skrytkę z alkoholami, które chcieliśmy wykorzystać na... no na powitanie wkraczającej Armii Czerwonej. Obawiając się rekwizycji paliwa przez wojskowych, schowaliśmy kanistry z paliwem, przy ruinach starej bramy do miasteczka, po czym oficjalnie wjechaliśmy normalną drogą, taką samą jak wyjeżdżaliśmy. Lipa zajął się swoimi interesami z paliwem, a ja udałem się na spotkanie z towarzyszami z Razwiedupru. Byłem już nieco spóźniony, ale dochowałem niezbędnych środków ostrożności! Obawiając się, że śledzą mnie sanacyjni agenci, kluczyłem po uliczkach naszego miasteczka, a upewniwszy się że nikt mnie nie śledzi, udałem się na spotkanie z towarzyszami wywiadowcami. Na szczęście wciąż na mnie czekali! Ich gorący zapał i zimny profesjonalizm bardzo mi zaimponował. Przekazałem im informacje na temat sytuacji w miasteczku i ustaliliśmy dalszy plan działania. Po powrocie do warsztatu, ledwo przekroczyłem jego próg, otoczyli nas policjanci, zaczęli przeszukania w warsztacie, mnie wzięli na przesłuchanie, gdzie grozili mi śmiercią, bili i żądali informacji. Ale ja im niczego nie powiedziałem! Po tych doświadczeniach już wiedziałem, że nasza sprawa musi zwyciężyć i że nie mogę się zawahać w działalności zmierzającej do obalenia tego reżymu! Wiedziałem, że tak szybko mnie nie wykończą, bo zależy im na informacjach i w najgorszym wypadku wytrzymam i doczekam wkroczenia Armii Czerwonej. Zwycięstwo albo śmierć! Na szczęście niczego w warsztacie nie znaleźli, choć miałem tam ukrytą TT’kę, co to mi ją kiedyś przekazał pewien radziecki sierżant za butelkę prawdziwego szampana z Francji. Ekhm.. To znaczy - przekazał mi ją, na potrzeby działalności rewolucyjnej, a ja mu dałem tego szampana, żeby miał czym wznieść toast na rocznicę rewolucji październikowej! Swoją droga gdyby Lipa wiedział, że mu w warsztacie takie fanty trzymam, to by się nieźle wściekł, bo on swojego Mosina trzymał zakopanego w sadzie, ale ja wiedziałem, ile są warci ci sanacyjni policmajstrzy i że daleko im do fachowości towarzyszy z NKWD. A broń to lepiej trzymać blisko, bo nigdy nie wiadomo kiedy i co się uczciwemu komuniście może przydarzyć. Niczego nie wskórawszy w warsztacie i niczego nie uzyskując w wyniku mojego przesłuchania, w końcu nas zwolnili. Czas to był najwyższy, bowiem ustalona godzina ponownego spotkania z towarzyszami dywersantami dawno już minęła. Zmotywowany potwornymi środkami przesłuchania i uciekającym czasem, postanowiłem działać samodzielnie! Udałem się na pocztę, gdzie pod pretekstem wyceny kawałka złota, nawiązałem przyjacielską pogawędkę z pracownikiem poczty. Byłem już u niego tej nocy kilka razy pod różnymi pretekstami, więc sądzę, że i ta wizyta nie wzbudziła jego podejrzliwości. By wykupić ten mój kawałek złota, musiał otworzyć pocztowy sejf. Na to tylko czekałem – ogłuszyłem go fachowo i zabrałem pieniądze, by mogły posłużyć sprawie przyszłej działalności partyjnej. Zabrałem też telegraf, by utrudnić łączność tym sanacyjnym szelmom i by nie mogli wezwać posiłków w chwili wkroczenia naszej wyzwolicielskiej armii! Nie chciałem zabijać tego pocztowca, bo to jednak był przedstawiciel klasy robotniczej, a poza tym nie było takiej potrzeby. Z pieniędzmi i dokumentami z poczty udałem się na ponowne spotkanie z towarzyszami dywersantami, by ostatecznie ułatwić wkroczenie naszej armii do miasteczka. W tym celu po drodze pobrałem jeszcze ze skrytki pistolet i zmieniłem ubranie, by mnie nie rozpoznano od razu i żeby godnie przyjąć wkraczających żołnierzy. Poprowadziłem towarzyszy razwiedczyków, od zaplecza gospody, którą śmiałym manewrem szybko opanowaliśmy. Aresztowaliśmy też karczmarza, o którym wiedziałem, że ma reakcyjne poglądy. Niestety! W obliczu nadciągającej sprawiedliwości społecznej, większość sanacyjnych tchórzy, wzięła nogi za pas i czmychnęła na rumuńską stronę granicy! Pozostało nam godnie przywitać towarzysza dowódcę, wkraczającego triumfalnie na czele swego oddziału, do pierwszej oswobodzonej tego poranka miejscowości! Przywitaliśmy go serdecznie meldując o pełnym sukcesie w opanowaniu karczmy i przekazaliśmy mu pojmanych jeńców. Osobiście pomogłem żołnierzom odprowadzić ich do aresztu, w którym niedawno sam byłem przesłuchiwany. Tam zostawiwszy ich pod czujnym okiem czerwonoarmistów, udałem się pomóc w wyłapywaniu niedobitków polskiego wojska, policji i innego reakcyjnego elementu, który dobrze poznałem przez ten czas jaki spędziłem w tej okolicy! Po drodze spotkałem Lipę Finkielmana, który dyskutował o czymś z towarzyszem dowódcą i widziałem żołnierzy czerwonoarmistów radośnie świętujących ich pierwsze zwycięstwo. Przyłączyłem się do nich i niestety, niewiele już potem pamiętam...
  4. Skoro będą przedmioty fabularne, to rozumiem że ich posiadacz w momencie zgonu MUSI (o ile wcześniej nie przekazał ich np kolegom z oddziału ) pozostawić je w miejscu tego niefortunnego zdarzenia? Czy też idą razem z nim do grobu? Warto by też uściślić moment od którego przestaje się być jeńcem po pomyślnej ucieczce, tzn. kiedy taki "były" jeniec może ponownie używać swojej broni. Czy jest możliwa sytuacja, że uciekający jeniec np. po 100 metrach odwraca się i zaczyna się ostrzeliwać ze swojej "rozbrojonej broni" z ewentualną grupą pościgową? Myślę że to wymaga, doprecyzowania w celu uniknięcia niepotrzebnych "kwasów"...
  5. Panowie, czy ktoś jest chętny na wspólny transport ze Śląska lub okolic? Jeżeli tak, to proszę o info na prywatną wiadomość, żeby nie zaśmiecać tu wątku. Mam dwa wolne miejsca, ewentualnie mogę do kogoś dołączyć, żeby "zoptymalizować" koszty dojazdu... ;)
  6. Mądrego to i dobrze posłuchać tj. poczytać...Loczek dobrze mówi! Jeżeli dostaniesz bezpośrednio w płytkę zębową to nie ma większego znaczenia czy jest to 350 czy 550 FPS - efekt w 90% przypadków będzie taki sam. Remedium jest natomiast bardzo proste - chcesz się bawić bezpiecznie - to się zabezpieczaj. Wolisz dreszczyk adrenaliny? To licz na swoja szczęśliwą gwiazdę i baw się dobrze. Wybór każdy ma i każdy ponosi jego konsekwencje. Decydującymi czynnikami ryzyka jest to, jak wiele kulek właśnie zmierza do ciebie w jednostce czasu i którą część ciała wystawiłeś jako ich cel, a także - jak dobrze ową część ciała zabezpieczyłeś. To z jakiego typu repliki zostały wystrzelone, jest w gruncie rzeczy bez znaczenia. Dlatego uważam, że wprowadzanie różnych limitów mocy dla poszczególnych replik w ASH, powinno wynikać bardziej z chęci oddania możliwości jakie stwarzały ich oryginalne odpowiedniki. Wprowadzanie do istniejących ograniczeń FPS, kolejnego kryterium jakim miała by być waga kulek i tłumaczenie tego względami bezpieczeństwa jest wg. mnie jedynie niepotrzebnym komplikowaniem życia innym graczom, przynajmniej na części z nich wymuszającym zmiany w posiadanych przez nich replikach. Z reguły zmianach na gorsze... W imię niejasno sprecyzowanego "minimalizowania ryzyka" wyników którego, ocenić się zwyczajnie nie da. Ostatecznie, sprowadza się to więc do poprawy samopoczucia jednych graczy, kosztem innych. I to jest jedyny pewny wynik, tego całego zamieszania. Panowie orgowie, chcecie robić pomiar wg. J a nie FPS, jako bardziej miarodajny? Ok, to go róbcie -pomysł nie jest zły, ale róbcie to porządnie i na jasnych zasadach - w określonych limitach J dla danego typu repliki, bez względu na to jakimi kulkami ktoś sobie zasypuje magazynki. Bez względu na to czy kulki będą różowe, białe czy w ciapki, czy 0.2g czy 0,42 - to nikogo nie powinno obchodzić, poza użytkownikiem danej repliki. Skoro ma być limit J, to niech tak będzie, ale zostawcie resztę w gestii każdego gracza - czy woli używać lżejsze i "szybsze" kulki czy tez preferuje mniejsze FPSy, ale stabilniejszą trajektorię lotu. Nie jest was wielu, więc ustalcie w końcu między sobą jednolite zasady "mocowe" dla poszczególnych typów replik- im prostsze tym lepsze. Nie wiecie jakie jeżeli chodzi o Joule? - zasady z MA mogą być "inspiracją", ale nie wymyślajcie koła na nowo i nie róbcie jakich dziwnych i skomplikowanych krzyżówek FPS-ów i wagi kulek, bo "na oko" - tak będzie bezpieczniej. Nie będzie, co najwyżej niektórym się poprawi samopoczucie, do czasu kolejnego "przypadku stomatologicznego" z czterotaktem w roli głównej, tak jak w przykładzie który zapoczątkował bieżącą dyskusję. Bo na razie to wygląda na to, że ten "czterotaktowy" przykład, będzie przyczynkiem, by dowalić graczom z PM-ami i snajperkami. Jak w pewnym przysłowiu - "Kowal ukradł, a cygana powiesili..." Moje postulaty jako podsumowanie, po tej beletrystyce: 1. Ustalmy jasną klasyfikację replik ze względu na ich rodzaj: boczniaki/PMy - Karabiny - KMy- Snajperki lub jeszcze prościej - w oparciu o rodzaj amunicji jaką wykorzystywał oryginał: pistoletowa, karabinowa, pośrednia (dla STG) - osobiście uważam, że ta ostatnia była by dla ASH ciekawym wyróżnikiem... 2. Ustalmy jasne, proste zasady ograniczeń mocowych poszczególnych typów replik, wyrażone albo w FPS albo w J (i tylko w tych jednostkach. 3. Niech każdy przyjmie do wiadomości, ze za swoje decyzje, bezpieczeństwo i zdrowie odpowiada samodzielnie odkąd skończył 18 rok życia - skoro decydujesz się na grę ASG/ASH, to musisz wziąść pod uwagę, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że kiedyś, jakaś kulka cię trafi i może nawet będzie bolało. Co z ta wiedzą zrobisz, to twoja sprawa... 4. "NIe" dla zasady "PIf-paf" - nie jesteśmy dziećmi i nie biegamy z kijkami, tylko z replikami, które jednak czymś strzelają. A może by tak demokratycznie, przeprowadzić głosowanie w formie ankiety nad tymi najbardziej podstawowymi kwestiami/zasadami? Vox populi, vox dei - i była by jasność czego większość z nas oczekuje od ASH i orgowie mieli by może mniej rozterek? :)
  7. Borec

    G&g FN F2000

    U mnie na 450fps-ach śmiga bez problemu, także bez stresu. Części też da się dopasować w razie potrzeby, nie jest to jakaś wybitna filozofia - taki trochę miks v2/v3 i v7. Dla mnie bardzo poręczna i wygodna w użytkowaniu.
  8. Dominiku, przypuszczam że odnosisz się do ostatniej rozgrywki z Wyspy Ośmiornicy, więc i ja do niej nawiążę. Z tego co wiem ;podczas rozgrywki były dwie takie sytuacje w których strona osi przeprowadziła egzekucje - chronologicznie: na chorwackich wieśniakach i na przyłapanym na gorącym uczynku zdrady, kpt. di Resio. W mojej opinii w żadnym z tych przypadków nie doszło do "zabawy w egzekucje", bo tak po prostu było fajniej... O przypadku Chorwatów już nieco napisałem w wątku pod grą - uzbrojeni chłopi, przebywający na "bezludnej wyspie", przyłapani z dolarami niewiadomego pochodzenia, w wyniku przesłuchania przyznali że mieli kontakt z aliantami i że z nimi współpracują (jak to określili "w pewnym zakresie"). Do samego końca nie bardzo było wiadomo co w tej sytuacji z nimi zrobić, myślę że właśnie brak poczucia zagrożenia i przez to słabe wczucie się w rolę przyniosły im tak marny koniec. Skoro już przyznali się do współpracy (bo musieli - zgodnie z regułami przesłuchania ustalonymi do tej gry) to mogli próbować jakoś poprawić swoją sytuację - wytłumaczyć się że właśnie poszukują wojsk osi by zameldować o obecności aliantów na wyspie, zaproponować Niemcom, swoje usługi, powołać się na dawne znajomości (z pierwszej wyprawy na Wyspę Ośmiornicy), zaproponować informacje jakie już posiadali o aliantach, wytłumaczyć się z posiadania broni i $$, tym że trudnią się przemytem/bimbrownictwem/kłusownictwem, ale doskonale znają teren i mogą służyć za przewodników/zwiadowców/informatorów - cokolwiek co pokazałoby Niemcom, że mogą być dla nich przydatni, cokolwiek co w tej sytuacji mogłoby im "ratować skórę". Po prostu wejść w rolę przyłapanych i zagrożonych osobników wykonujących nie do końca legalne działania. Przypuszczam że tak zachowywaliby się prawdziwi chłopi/bimbrownicy w takiej sytuacji. Niestety nic takiego nie nastąpiło. Zabrakło wejścia w taką rolę, bo nie brali pod uwagę, ze ich rola może się za chwilę skończyć. Zatem dla Osi logiczne wyjścia były dwa - pozbyć się niewygodnych świadków swojej bytności na wyspie, o których wiadomo było że współpracują z wrogiem lub wypuścić ich z właściwie 100% pewnością, że "za garść dolarów więcej", chętnie udzielą informacji aliantom o tym gdzie i kogo widzieli. Co byś wybrał jako dowódca oddziału dla którego tajność misji i zaskoczenie przeciwnika, były priorytetowe? Dałeś dobry przykład z pojmanym dowódcą i ewentualnym oddaniu go autochtonom. Pewnie jest możliwy scenariusz, że ci larpowo powiesili by go na najbliższej gałęzi. Ale jest tez taki, że mógłby ich próbować przekupić, mogliby za niego żądać okupu, mogliby go wymienić na innego jeńca - możliwości jest sporo i zależą tylko od wczucia się i pomysłowości graczy. Tylko w ramach mechaniki gry trzeba te możliwości stworzyć, a nie ograniczać z obawy, że nic z tego nie wyjdzie, bo nakręci się spirala przemocy i odwetu. Pewnie, jest takie ryzyko, ale jeżeli się nie da szansy spróbować, to nigdy się też nie da udowodnić, czy to w ogóle jest możliwe. Jeszcze raz - to od graczy i ich podejścia do odgrywanych ról zależy sukces tego typu gier i nawet jeżeli coś się ma nie udać od razu, to myślę że warto próbować - nie od razu Rzym zbudowano... Może byłoby rozwiązaniem, by na następną grę tego typu każdy z graczy przedstawił jakiś fabularny opis swojej postaci przy zapisywaniu si?. Nadałoby to pewne ramy jego postaci i pozwoliło każdemu przemyśleć/przewidzieć różne wątki i sposoby zachowania swojej postaci. Kto czuje wenę - a widać po wpisach na forum, ze są między nami takie osoby mógłby stworzyć postać bardziej kompleksową, kto jej nie ma - zrobiłby tylko podstawowy zarys typu imię, nazwisko stopień, narodowość, specjalizacja, ale było by to już coś, co pozwoliło by mu się lepiej "osadzić" w scenariuszu gry. Coś takiego co właśnie zaczęło funkcjonować w przypadku chyba większości postaci z "Wyspy..." choć nie orientuję się na ile była to twórcza wizja Orga, a na ile inwencja twórcza samych graczy. O egzekucji zdrajcy przyłapanego (a nie tylko podejrzewanego) o współpracę z wrogiem też już pisałem w wątku pod grą - więc krótko - aresztowanie go i przetrzymywanie w obozie pod strażą, w istniejących warunkach zagrażało powodzeniu misji, było kompletnie nieracjonalne biorąc pod uwagę posiadane zasoby, stanowiło za to logiczną konsekwencję działań kpt. di Resio. Podsumowując - zdecydowanie nie podzielam obaw, że ktoś sobie zacznie urządzać larpowe egzekucje "dla zabawy" (chyba, że taką będzie miał rolę - a'la Amon Goth). A gdyby nawet, to zawsze jest możliwość ingerencji moderatora, który w miejsce straconych ofiar, wprowadzi postać żandarmerii, agenta kontrwywiadu przysłanego z najwyższego dowództwa czy chociażby rozkaz odwołujący/kategorycznie zabraniający takich zachowań. To naprawdę da się ogarnąć... I jak słusznie napisałeś - kluczem jest maksymalne wczucie się w rolę - czy to przyłapanego na niejasnych interesach wieśniaka czy grającego na dwa fronty agenta włoskiego wywiadu - ze wszystkimi konsekwencjami takich ról i podejmowanych w ich ramach działań....
  9. Chyba ci się drogi Mekarze coś w wątku pomieszało, bo nigdzie nie krytykowałem tego czy replika Lee była tuningowana czy też nie, nawet nie mam co do tego wiedzy. A nawet jak by była, to był bym ostatni, który by miał coś przeciwko temu (co też by można wysnuć z innych wątków na forum, gdzie był poruszany temat różnych ograniczeń w fps-ach czy przeróbek naszych replik) W mojej wypowiedzi chodziło mi tylko o to, że współczesny sztucer ze współczesną optyką, pasował chorwackiemu chłopu z drugiej wojny, tak samo komandosowi muszkiet. Niby można, niby stylizowane, ale pasuje tak sobie...
  10. No to jeszcze i ja dorzucę swoje trzy grosze... Po pierwsze wielkie dzięki dla organizatora/ów, że mu się chciało i mam nadzieję, że pojawiające się uwagi nie zniechęcą go do dalszych inicjatyw i nie przestraszą potencjalnych nowych orgów... Nie od razu Rzym zbudowano, nie wszystko da się przewidzieć, ale trzeba wyciągać wnioski z tego co nie zagrało, żeby następnym razem było lepiej. A żeby było lepiej to i org musi się postarać, żeby zaprojektować ramy tego typu gry i gracze - żeby te ramy wypełnić swoją pomysłowością, grą i zaangażowaniem. Z mojej perspektywy - co bym zmienił w organizacji: tak jak już w dyskusji po grze było poruszane - trzeba by się zastanowić nad modelem funkcjonowania postaci kluczowych - ich roli, "śmiertelności" i ewentualnej zastępowalności tudzież możliwości kontynuacji kluczowych wątków - tu też kłania się kwestia selekcji, które z wątków są naprawdę kluczowe dla kontynuowania rozgrywki, a które można ewentualnie poświęcić. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby takie zaprojektowanie scenariusza, by postaci absolutnie kluczowych dla rozgrywki była ograniczona ilość, ewentualnie by pełnili oni taką rolę, która w jak najmniejszym stopniu byłaby obciążona ryzykiem utraty larpowego żywota. Myślę że dobrze by było, by po każdej ze stron był ktoś, kto oprócz odgrywania swojej roli w grze, pełnił tez - przynajmniej częściowo - rolę moderatora, czuwającego nad mechaniką rozgrywki i logiką/realizmem zachowań graczy. Osobiście nie uważam, by konieczne było utrzymanie za wszelką cenę wszystkich postaci fabularnych do końca gry. A już z pewnością nie takich, które zostały w toku rozwoju fabuły "zlikwidowane" i to nie na skutek jakiejś "przypadkowej" kulki, ale właśnie w wyniku podejmowanych przez daną postać działań (nie wnikając już w motywy tych działań - swoja drogą pięknie i logicznie opisane na przykładzie Carlo di Resio - szacun!!!). Sądzę nawet, że groźba utraty roli, która ktoś posiada i przerwania pewnej (zapewne) posiadanej koncepcji gry, pozytywnie wpłynęłaby na realizm rozgrywki i podejmowanych działań. Tu zdecydowanie nie zgodzę się z opinią, że przyłapany na "gorącym uczynku" kolaboracji z wrogiem, di Resio nie mógł być stracony, tylko ewentualnie aresztowany. Opcję z aresztowaniem pewnie by można przeprowadzić, gdyby były ku temu odpowiednie zasoby - przede wszystkim ludzkie (strażnik) - a tych nie było. Zapadł wyrok w wyniku obrad sądu polowego, w realiach operacji specjalnej i został niezwłocznie wykonany. Tu niestety wypływa kwestia balansu sił. Po stronie niemieckiej (zdaje się - mniej licznej) był element niepewny czyli Włosi ;) co zresztą dobitnie pokazała praktyka, mieliśmy profesora, któremu trzeba było zapewnić ochronę, mieliśmy oficera wywiadu kierującego się własnym interesem (i swojego kraju) - co w sumie było słuszne i zrozumiałe, ale jednak nie wzmacniało potencjału grupy, a wręcz przeciwnie - dla bezpieczeństwa powodzenia misji, trzeba było mieć na niego "oko" . Mieliśmy też słabo uzbrojonego (jedynie w broń krótką sanitariusza i dowódcę - (nie jest to już oczywiście żadna wina orga), do tego wystarczyło, że ktoś z innych graczy nie mógł brać w pełni aktywnego udziału w grze z powodu jakiejś kontuzji czy innych przyczyn - okazuje się, że w pełni zdolnych do działania i "pewnych ideowo" :), było 4 - 5 osób. No i nie można zapominać, scenariusz gry przewidywał oprócz misji "naukowo-poszukiwawczej", także element "bojowy", przejęcia "silent drum", który zapewne nie zostałby przyjacielsko udostępniony do wglądu przez brytyjskich komandosów... Piszę to po to, by uwidocznić aliantom w jakich realiach musieli operować Niemcy i dlaczego zapadły takie, a nie inne decyzje, co do przebiegu rozgrywki. Co do sytuacji z Janikiem i Markiem - widać, że trzeba dopracować mechanikę rozgrywania takich sytuacji, np w ten sposób, że domyślnie gramy "na twardo" - larpowo zachowując się jak najbardziej realistycznie w danej sytuacji, chyba że dla kogoś będzie tego realizmu za wiele i wtedy po rzuceniu umówionego hasła (np "żółty ręcznik") przechodzimy na pewną umowność względem realizmu, ale oczywiście już nie podejmujemy żadnych sztuczek typu próby ucieczki czy skrytobójstwa. Nie bardzo rozumiem wątku Chorwatów - dla mnie to było bardzo słabe jeżeli chodzi o założenia i realizm - na bezludnej (jeżeli dobrze pamiętam) wyspie snują się uzbrojeni (jak uzbrojeni - to dodatkowy smaczek....) wieśniacy, który (jak się domyślam - wchodzą we współpracę z operującymi w sekrecie siłami specjalnymi aliantów, którzy tym uzbrojonym wieśniakom zlecają jakieś zadania na obszarze - przynajmniej nominalnie będącym pod panowaniem wroga. No i dalej - wieśniacy ci po napotkaniu patrolu sił osi, zostają przesłuchani w wyniku czego, okazuje się, że posiadają przy sobie dolary (!) i przyznają, że w jakiś sposób współpracują z wrogiem. Po początkowych rozterkach dowództwa patrolu, zostają ostatecznie zlikwidowani jako szpiedzy/sabotażyści i potencjalni niewygodni świadkowie obecności sił niemiecko-włoskich na tym obszarze. W międzyczasie jednak (pewnie podczas przesłuchania) zdołali jednak napisać list pożegnalny wskazujący na ich los i ich zabójców. Ich ciała oraz list zostają szybciutko znalezione przez ich kuzynów, którzy nie wiadomo jak materializują się na owej bezludnej wyspie i zaczynają swoją vendettę... Ciekaw jestem jak potoczyłoby się takie spotkanie w rzeczywistości i czy tez prawdziwi wieśniacy po odkryciu u nich $$ czekaliby na jakąś ofertę współpracy ze strony SS i niemiecko-włoskiego wywiadu (z czego jak wszyscy wiemy - Niemcy słynęli), czy też raczej chcąc zachować życie, wobec wcześniej ujawnionych faktów, sami wyszliby z propozycją współpracy? A skoro nie wykazali instynktu samozachowawczego, to skończyli tak, jak skończyli... Od siebie dodam, że osobiście całkowicie rozumiem dalszą postawę "kuzynów" i pewnie tez by mnie kusiło by tak działać, ale larpowo i logicznie było to jednak słabe... No dobrze - rozpisałem się, więc tytułem podsumowania - z mojej perspektywy przy organizacji przyszłych tego typu imprez (które mam nadzieję nastąpią), trzeba jasno określić model takiej rozgrywki - czy ma to być bardziej realizacja z góry ustalonego scenariusza z odgrywaniem ról które będą stałe i nieusuwalne do końca rozgrywki - roboczo określił bym to jako podejście "rekonstrukcyjne", czy może jednak gra i jej mechanika mają tworzyć pewnego rodzaju ramy - środowisko, które gracze wypełniają swoją grą i postaciami w które się wcielają, gdzie istnieje jakiś wątek główny, może i poboczne (oby!), ale przebieg całej rozgrywki nie jest z góry zaplanowany i pozostawiona jest graczom możliwość wpływu na rozwój fabuły wraz z potencjalnymi konsekwencjami tego, takimi jak fabularna śmierć danej postaci i powrót gracza do gry już w zupełnie innym wcieleniu, nawet bez żadnej znaczącej roli i przy umownej "osobistej amnezji" tego co spotkało jego wcześniejsze wcielenie. Do graczy natomiast apelowałbym o staranie się o jak największy realizm odtwarzanych ról (nie tylko szpeju i sylwetek), w sensie zachowywania logiki i spójności swoich działań (nawet w takiej pół fantastycznej fabule jak wyspa ośmiornicy). Bardzo mi się podobała w tym względzie rola kpt. di Resio (do czasu jego wyroku) fajnie było być twoim "aniołem stróżem", celnie odegrał swoją rolę profesor, ale największy szacun i gratulacje przyznaję leutnantowi Ditrichowi za wkład logistyczny obozu oraz energię i pomysłowość podejmowanych zadań. Jak zwykle - wygrali ci którzy dobrze się bawili, pomimo aury i niespodzianek losu...
  11. Potwierdzam. Osobiście rozstrzelałem cały transport skrzyni przy górce. ;)
  12. Jest sobota, mam chwilę czasu - więc i ja dorzucę swoje trzy grosze, jako użytkownik kilku juz replik historycznych... "nie dajmy się zwariować i po prostu bawmy się tym hobby" - święte słowa, chciałoby się powiedzieć! Nie dajmy sie zwariować i zachowajmy pewien unikalny klimat jakim odróżnia się ASH od "modernów", gdzie jak każdy wie, panuje wyścig zbrojeń. Ale, nie dajmy sie tez zwariować, odgórnie wymuszając "downgrade" stockowych replik, żeby zmieścić się w jakiś dziwnych limitach fps-ów. Tak jak Dominik juz wyżej napisał, na jego cyklu gier WBFZ, obowiązywały dosyć luźne, ale mam wrażenie, że też dosyć powszechnie obowiazujące limity. I to działało. Działało według mnie dlatego, że było proste i każdy się w tych limitach mieścił. Nie wymagało od nikogo, żeby replikę "otwierać" i ją "psuć". Po prostu - kupowałeś i grałeś. Według mnie całkiem przypadkowo, ale w "duchu realizmu" oddawało też właściwości/możliwości "palnych" odpowiedników. PM-y typu MP, Sten, Thompson czy Pepeszka miały te 340-370 fps-ów, STG jako pierwowzór karabinka szturmowego na nabój pośredni, miał te 420 po wyjęciu z pudełka (z naturalną tendencją do spadków w miare uzytkowania), a czterotakty i KM-y jako repliki broni na normalny nabój karabinowy, mogły mieć do tych 550 fps-ów. Proste, nieskomplikowane i jak wyżej wskazałem - oddające osiągi realnych jednostek broni. Działało tez dlatego, że w tym cyklu gier, praktycznie nie było rozgrywek typu CQB. I tu też muszę się zgodzić z Dominikiem, że w tym przypadku ograniczenie do 350 FPS jest sensowne (bo więcej w CQB) nie jest potrzebne), a kto ma więcej, to niestety zabezpiecza teren poza budynkiem (bo tak będzie bezpieczniej). I to by było na tyle, jeżeli chodzi o ograniczenia FPS-ów. Zostawmy to i nie wymuszajmy jakichś drastycznych ograniczeń w tym zakresie, bo tu mam zdanie takire samo jak Bombel - to mocno ogranicza napływ nowych chetnych i zniechęca część juz aktywnych graczy, w efekcie zabija takie małe srodowiska. Kto chce, niech sobie tuninguje replikę pod kątem celności czy niezawodności (jednak znacznie prościej jest wymienic gumkę czy lufę niż grzebac gearboxie), a kto nie chce, to niech sobie gra w takim stanie w jakim zakupił - proste i bezproblemowe... Z ostrożnością podchodził bym tez do odgórnego narzucania "nasycenia" bronia danego typu w ramach oddziału/druzyny. Pamiętajmy że o ile u aliantów zachodnich stany faktyczne pewnie mogły sie dużej mierze pokrywać z normami regulaminowymi, to u użytkowników mundurów Hugo Bossa btywało z tym różnie, nie mówiąc juz o tym, że wysycenie bronią automatyczna mogło byc diametralnie różne w zalezności od tego czy mówimy o drużynie strzeleckiej czy np. grenadierów lub spadochroniarzy. O krasnoarmiejcach juz nie wspominając... Jako (od niedawna) posiadacz mausera 98k, zgodzić sie jednak muszę, że zbyt duże nasycenie "snajperami", mogło by położyć dynamikę rozgrywki. Jeżeli gdzieś bym się trzymał, bądź nawet zaostrzał ograniczenia, to w ilości dostępnej amunicji i stosowaniu w jak najszerszym zakresie low- i midcapów, ewentualnier odpowiednio przerobionych hicapów. To z jednej strony kolejny istotny krok w stronę lepszego odzwierciedlenia realiów historycznych, a z drugiej - uwydatniłoby rolę karabinów wsparcia i w naturalny sposób otwarło pole manewru dla użytkowników 4-taktów. Pohamowałoby też używanie STG-ów czy w ogóle wszystkich replik z hicapami jako przenośnych KM-ów. Zreszta zarówno ja, jak i kilku inych posiadaczy STG mamy juz poprzerabiane magazynki na midy. Podsumowując: jestem za prostymi regułami, nie wymuszającymi przeróbek tego, co "daje fabryka": do 350 fps-ów dla replik grających w budynkach do 450 (czy nawet 420 - bo tyle ma fabryczne STG i jest to chyba najsilniejszy fabrycznie "historyczny" AEG) dla AEG-ów do 550 fps-ów dla czterotaktów i KM-ów Postulowałbym: - dążenie do ograniczenia ilości amunicji w magazybku i "przy sobie". Jestem przeciw: - wprowadzaniu limitów poniżej osiągów fabrycznych replik PS. Skończcie juz proszę to demonizowanie STG jako jakiejś Wunderwaffe, gram nią od lat (obok mp41 i ostatnio Mausera) i wielokrotnie byłem świadkiem jak moja drużyna była bezradna wobec dobrze usadowionego snajpera albo sprawnie rozegranej taktycznie zagrywki drużyny przeciwnej, a swój życiowy rekord trafień podczas jednej rozgrywki, nabiłem nie STG-iem tylko pistoletem (mauser c-96)i to w terenie, a nie w budynku... :) Także ten, tego... Pamiętajcie drodzy "fps-owi limiterzy", że strach ma wielkie oczy i jest bardzo kiepskim doradcą, a to co wygląda efektownie, wcale nie musi byc efektywne... :) A juz bez sakazmu i nawiązując do wpisu Vlada (bardzo słusznego!)- żeby nasze gry były coraz lepsze i ciekawsze - rozwijajmy umiejętności, a nie ograniczajmy narzedzi (sprzętu)!
  13. Jeżeli mogę wtrącić swoje trzy grosze... Inicjatywa ciekawa, ale zbyt restrykcyjna i obawiam się, że może z tego powodu "nie wypalić"... Cóż jak to zwykle bywa - "demografia" zweryfikuje, te założenia. Podzielam zdanie Sikora - Limit FPS-ów powinien oscylować w okolicach 400. I broń krótka powinna być szerzej dopuszczona, niż tylko do oficerów. Ewentualnie, gdyby scenariusz przewidywał udział Amerykanów, dopuszczalne byłyby strzelby. Dla ciekawych - ciekawa lista: http://gunblog.eu/2014/07/lista-kazdej-broni-uzytej-podczas-i-wojny-swiatowej/
  14. Cóż... moje wnioski są podobne... Naszą stałą bolączką jest stosunkowo mała liczba graczy, a to mocno ogranicza możliwości gier LARP-owych. Orzeł był tego wyraźnym przykładem - dwóch cywilów na całą wioskę, to nieco mało... Nocne strzelanie do wszystkiego co się rusza lub świeci też nie przypadło mi do gustu. Jeżeli chcemy jeszcze by zaistniały tego typu gry w przyszłości (zakładając, że będą chętni) to trzeba wyciągać wnioski z rzeczy, które nie do końca wypaliły i inaczej planować pewne elementy na przyszłość. Np. desant Niemców w innym punkcie na skutek ataku angielskich myśliwców (co nastapiło) był wg. mnie bardzo fajnym pomysłem. Równie dobrym, była by konieczność dotarcia do zasobników z bronią/amunicją, których zrzut także nie przebiegł by planowo - do momentu ich odnalezienia Niemcy nie mogliby strzelać z niczego poza bronią krótką. Po znalezieniu - okazałoby się, że są one rozproszone na znacznym obszarze i amunicja jest "na wagę złota". Alianci z kolei musieli by mieć ściśle określone ROE i absolutny zakaz strzelania do niezidentyfikowanych celów - w końcu nie była to linia frontu tylko cicha angielska prowincja... Przydał by się ogarnięty dowódca i oddziałek MP do egzekwowania tego. Ciągle mam nadzieję, że wyciągając wnioski z tego co nie wyszło lub mogło wyjść lepiej, kiedyś dorobimy się LARPa, którego będzie się wspominać z satysfakcją, a niespełnieni będą tylko ci, co zostaną w domach i nie przyjadą... Per aspera ad astra.... ;)
  15. Nie chciałbym się wypowiadać za innych, ale z całą pewnością w naszym gronie sympatyków ASH, są osoby chętne do "LARP-ienia". W tym moja skromna osoba i kilka innych które znam. Zapewne są też tacy, którzy tego nie chcą/nie czują - jak w każdej większej grupie... Po tegorocznych doświadczeniach z "Orła..." myślę, że aby przechylić balans rozgrywki w stronę LARPu , kosztem strzelania, konieczne byłoby wprowadzenie, przynajmniej na początku gry, restrykcyjnych obostrzeń co do możliwości strzelania - jakieś ROE, limity amunicji i dostępu do niej lub nawet do samych replik (np. pobieranie broni i amunicji ze zbrojowni po rozkazie dowódcy?). Trzeba by też przemyśleć zadania tak, by do ich wypełnienia konieczne było właśnie "wejście w rolę", a nie samo strzelanie. Kilka wątków/akcji z "Orła" i innych gier wskazuje, że jest w nas potencjał LARPowy, pytanie brzmi - czy na tyle liczny i mocny, by dało się z tego zrobić stały i satysfakcjonujący element naszych spotkań?
×
×
  • Create New...