Mnie na ratownictwie uczono, że nie należy używać niczego innego do "przemywania" ran, niż sól fizjologiczna, albo czysta woda (lepiej sól). Spirytus ścina białka, jodyna musi być odpowiednio roztworzona i wcale nie do każdej rany się nadaje, a woda utleniona po pierwsze nie jest środkiem dezynfekującym (nie to stężenie dostępne w handlu), a po drugie może być toksyczna.
Pomocą w przypadku przerwania ciągłości tkanek jest zatamowanie krwawienia - zlanie rany solą fizjologiczną pomaga usunąć krew z powierzchni skóry, zmniejsza ryzyko zakażenia (to wypływ krwi pomaga usunąć zanieczyszczenia, a nie nasze "dezynfekowanie"). Na to jałowa gaza i bandaż, a jeśli to coś mniejszego - plaster.
Nigdy nie bawimy się w doktor Queen i nie dajemy żołnierzowi paska w zęby, a sami lejemy na ranę spirytus/alkohol z butelki. Na filmach może to przechodzi, ale w życiu prędzej tym zaszkodzimy, niż pomożemy. I wszyscy, którzy są "twardzielami", bo muszą poczuć ból, widać, że nie mają pojęcia o pomocy przedmedycznej. Ból należy minimalizować, bowiem ból=reakcja zapalna=obrzęk=leczenie małego zadrapania nawet przez miesiąc.
Pozdrawiam.