Przyznam, że kucheneczki typu ESBIT są wygodnym i ciekawym rozwiązaniem.
Ja, gdy w lesie gotuję sobie wodę, lub zupę jakąś, używam tylko menażki.
Nie lubię nosić większej ilości szpeju, wszak im większa masa, tym mniejsza mobilność. Tu 100 gram, tu 300, tu 200... I się zbiera ciężki plecak. I kamizelka.
Kopiemy dołek, tak na oko 20 cm głęboki, średnica około 40 cm. Rozpala się w nim ognisko. Najlepiej suche gałęzie sosnowe, te które są jeszcze na drzewach. Mogą być też inne, jednak sosna ma wysoką temperaturę spalania, i najszybciej na niej gotuję wodę. Fakt, że jest żywica i substancje smoliste, ale co poradzić... ;)
Jak już zasadniczo paląc ognisko wypełnimy wymieniony dołek żarem, ustawiamy dwa patyki nad dołkiem, po prostu kładąc na piasku, tak, że między nimi jest 8-10 cm odległości. Kładziemy je równolegle. Patyki średnicy minimum 5-7 cm. Jeśli są 'żywe' to na pewno szybciej zagotuje się woda, niż się one przepalą. No i wiadomo, menażka musi być przykryta :D
W ten sposób zagotujemy wodę w nawet 5-6 minut. Mowa tu o pełnej menażce, z powiedzmy litrem wody wewnątrz.
Fakt, że ognisko widać, zwłaszcza w nocy, a i w dzień, przy rozpalaniu troszkę kopci. Ale nawet po deszczu da się zrobić ognisko nie kopcące i nie widoczne już z około 10 metrów. To już kwestia użytego drewna.
Taka ciekawostka: Ugotowane na 5cio dniowych manewrach przeze mnie obiadek ;) To jest rosół, ale w wersji gęstszej :D
Taki dupny garnek, bo manewry były stacjonarne. Choć nie był wielki, może 5-6 litrów. A 10 osób się najadło fest ;)