Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...

Basil

Użytkownik
  • Posts

    72
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Basil

  1. Czemść (sic!) ludu ASH, chcę się z Wami podzielić pomysłem który zrodził i dojrzewał w mojej głowie od jakiegoś czasu, i który w końcu chcę zrealizować - zbudowanie klimatycznej radiostacji (stacjonarnej lub przenośnej w formie plecaka, puszki bądź radiotelefonu), która umożliwiłaby komunikację między oddziałami lub poszczególnych oddziałów z HQ. Patrząc na rosnący poziom i organizację naszych gier, uważam że jest to element który musi wreszcie zostać wprowadzony, żeby ten poziom podnieść jeszcze wyżej. No a do tego robić to będzie klimat, szpan, lans, swag i w ogóle. Planuję również na dniach zrobić post dotyczący budowania polowych linii telefonicznych, bo mam już sprzęt i doświadczenie. Na początek sprawy legalno-techniczne ode mnie niezależne - w Polsce (i właściwie całej UE) bez zezwolenia można używać (dokładnie to nadawać, bo słuchać każdy może czego chce i tego nie da się wykryć) urządzeń radiowych działających w paśmie CB (Citizen's Band) oraz PMR (Private Mobile Radio) z ograniczoną mocą. Temat CB radio pominiemy poprzez ograniczenia techniczne - są one prądożerne i drogie. Urządzenia PMR mają zaś kilka wymogów prawnych dotyczących ich konstrukcji - jak zintegrowana i nie odczepiana antena, czy nieotwierany korpus - przez co trudno jest je zmodyfikować do bardziej klimatycznej konstrukcji - ale ja spróbuję, jednocześnie nie naruszając ich legalności. Można by oczywiście konstruować od zera radiostację taką jaką chcemy, ale to wymaga wyrabiania pozwoleń i jeszcze większego nakładu środków i wysiłku. Urządzenia PMR mają ponadto kilka zalet które chcę wykorzystać: Pełna legalność dla każdego - można by je pożyczać innym i używać w dowolnym miejscu bez obaw i kombinowania. Niski koszt - względnie, w porównaniu do innych urządzeń radiowych; ok. 160 zł / parę krótkofalówek modelu który chcę wykorzystać. Pełna kompatybilność z innymi urządzeniami tego typu - dzięki temu moglibyśmy używać ich na wyjazdach za granicą, a także kontaktować się w nagłej potrzebie z orgami, którzy mają 'zwykłe' radiotelefony PMR; tutaj również ważna jest inna zaleta: Niezależność od sieci telefonii komórkowej - możliwość komunikacji graczy z orgami w nagłych przypadkach, w trudnym terenie gdzie nie ma zasięgu dla komórki. Długa praca na baterii - przy ciągłym użytkowaniu takie urządzenia o mocy 0,5kW i baterii 4kWh działają, jak łatwo wyliczyć, nawet z 8 godzin. Względnie duży zasięg - radiotelefony PMR potrafią osiągać zasięg kilku kilometrów w terenie zalesionym, w zależności od ukształtowania terenu, i nawet w najgorszych przypadkach da się osiągnąć przynajmniej kilkaset metrów; jest to absolutnie wystarczające dla naszych gier, które często rozgrywają się na przestrzeniach o długości kilkuset metrów na wskroś. Co zabawne, zasięg tych zabawek jest często większy niż dużej części podobnego sprzętu wojskowego z tego okresu. Dostępność 16 kanałów - pozwala to na wydzielenie kanałów dla każdego stronnictwa, oddziału, specjalnego kanału organizacyjnego, a nawet zabawę w kotka i myszkę jeżeli zezwolimy drużynom podsłuchiwać się nawzajem. Mój pomysł jest więc prosty i oparty o kilka rzeczy które już robiłem - w dużym skrócie, byłoby to skonstruowanie specjalnej klimatycznej obudowy na radiotelefon PMR, oraz przejściówek i łączników dla zestawu mikrofonów, słuchawek i mikrotelefonów. Większość urządzeń na rynku używa gniazda typu Kenwood, które pozwala na wyprowadzenie osobnej słuchawki, mikrofonu i przycisku PTT; o tym więcej napiszę kiedy zabiorę się za konstrukcję poszczególnych elementów, chcę wykorzystać druk 3D, tanie części elektroniczne i stare mikrotelefony monterskie oraz polowe. Dla dociekliwych - wiem jak, bo skonstruowałem już z takiego mikrotelefonu coś, co ma kabel z wtyczką 3,5mm, który można wpiąć normalnie do telefonu i używać zarówno jako słuchawkę i mikrofon :) W przypadku dużych, 'biurkowych' radiostacji dla HQ, radiotelefon schowany byłby w pełni wewnątrz (nie wpłynie to znacznie na jego zasięg), za atrapami różnych pokręteł itp.; jego obsługa (ustawianie kanału i głośności) następowałaby przez ukryty panel lub drzwiczki, a wyprowadzenia do multum urządzeń audio były w panelu przednim. Cała obudowa byłaby dodatkowo dociążona. Przykładowa radiostacja 'biurkowa', tutaj Wireless set No. 11. Podobnie w przypadku radiostacji 'plecakowych', jak niemieckich radiostacji Feldfu (Feld Funkgerat, czyli radiowe urządzenie polowe), amerykańskiej SCR-300 (potocznie zwanego walkie-talkie), czy brytyjskiego Wireless Set No. 18. Radiotelefon ukryty byłby w środku, z być może wyprowadzoną anteną, i obsługiwany przez panel boczny (niemieckie wersje), górny (amerykańskie) lub tylny (brytyjskie), z dodatkowymi wyjściami na słuchawki, mikrofon i mikrotelefon. Plecakowe radiostacje różnych armii w 2WŚ. Najciekawszym jednak dla mnie są najmniejsze warianty przenośnych radiostacji, a nawet pierwsze radiotelefony, jak brytyjski Wireless Set No. 38 i amerykański SCR-536 (potocznie zwany handie-talkie), które wymagałyby zintegrowania anteny i pokręteł z obudową za pomocą adapterów (planuje użyć druku 3D). Najmniejsze wersje przenośnych radiostacji z 2WŚ. W przypadku wersji brytyjskiej, z urządzenia wyprowadzony jest kabel do wtyków dla słuchawek i laryngofonu, który radiooperator nosił w odrębnej torbie wraz z bateriami, w drugiej torbie noszono dodatkowy osprzęt audio oraz zeszyty i inne bibeloty; ja planuję w jednej torbie nosić ową przejściówkę oraz dodatkowy sprzęt audio dla osoby która chciałaby wykonać połączenie (czyli np. dowódcy). Amerykański zaś model może być dość atrakcyjny, ponieważ jest najbardziej zbliżony do typowych 'krótkofalówek', nie miałby on jednak wyprowadzeń dla dodatkowych urządzeń audio. Poniżej moje projekty dla obu wymienionych, które chcę zrealizować w najbliższym czasie: Wireless Set No 38 wedle znalezionych przeze mnie danych i obliczeń ma wymiary ok. 22 x 16 x 10 cm, z czego górny bok jest obniżony o jakieś niecałe 5 cm. Pozwala to bezproblemowo zmieścić model krótkofalówki który zamierzam użyć (Retevis RT24), zostawia też trochę miejsca wewnątrz na mocowania, obciążenie i przejściówkę. Korpus byłby zbudowany ze sklejki grubości 1cm, wzmocniony od wewnątrz kątownikami i dodatkowymi warstwami drewna. Górny panel byłby odkręcany i to do niego zamontowana byłaby sama krótkofalówka wraz z adapterem do manipulacji pokrętłami - musi być do niej dostęp by wymienić baterię. Górnym panelem wychodziłby również kabel prowadzący do adaptera dla słuchawek i laryngofonu, noszony w osobnej torbie. Do całego zestawu dochodzi nosidło z parcianych pasów. Radiotelefon SCR-536 ma wymiary około 40 x 9 x 9 cm, z czego wysokość liczona jest z osłoną anteny - bez niej, sam korpus ma około 30 cm wysokości. Biorąc pod uwagę grubość sklejki 1 cm, pozwala to zmieścić niemalże na styk pożądaną przeze mnie krótkofalówkę. Za pomocą przejściówki wyprowadzone byłyby przycisk PTT, głośnik i mikrofon do odpowiadających oryginałowy miejscu. W celu wymiany baterii, prawdopodobnie tylny lub boczny panel byłyby odkręcane lub otwierane. Będę w tym temacie tworzył kolejne posty wraz z postępami w realizacji tego projektu, też żeby każdy mógł zobaczyć co i jak się tworzy - obecny deadline to nasz ASHowy DDay w tym roku, czyli koniec czerwca. Jeżeli projekt się uda, to nie ukrywam że byłbym otwarty na wykonanie innych modeli w przyszłości dla zainteresowanych (oczywiście nie za darmo). Mam nadzieję że kogoś zainteresuję lub zaciekawię, pozdrawiam :)
  2. Nie znalazłem w tym temacie (szukałem specjalnie żeby nie dublować), więc podrzucam bardzo dobry i rozbudowany zbiór wiedzy o wszelakim brytyjskim oporządzeniu i wyposażeniu: http://www.karkeeweb.com/index.html#home
  3. NEKROMANTA TEMATÓW powraca, bo znalazłem znowu ciekawe filmidło na Youtube: Gość zaprojektował granat zasilany najtańszymi kapiszonami, do zrobienia w druku 3D. Jak dla mnie ciekawa zabawka, szczególnie w porównaniu z dużo cięższymi granatami na gaz które ważą ~300 gramów i więcej (ten waży kilkadziesiąt gramów) a do tego marnują i śmiecą kulkami. Do tego jest to kompletnie bezpieczne piro, bo nikt sobie kapiszonem krzywdy nie zrobi (no chyba żeby taki granat odpalić komuś dosłownie na uchu, ale równie dobrze można dostać kulką w ząb albo środek ucha - to już jest hazard w który wszyscy gramy). Szczególnie fajne jest kilka typów "zapalnika", na stronie z plikami do druku (https://cults3d.com/en/design-collections/FulcrumAirsoft/airsoft-grenades) są też wersje zbliżone kształtem do historycznych granatów, jak Mills bomb i eierhandgranate; przy czym gość zapomniał o najbardziej oczywistym (przynajmniej dla mnie) kształcie dla "odkręcanego" zapalnika - granatu no. 69, który aktywował się po odkręceniu nakrętki i był granatem impaktowym. Dodatkowy plus z "odkręcanego" wariantu - nie ma do zgubienia dźwigni i zawleczki. Różnica w cenie jest dla mnie najważniejszym atutem całej tej zabawki - pliki do druku kosztują po 30 zł dla body i zapalnika każdego typu (czyli 60 zł za podstawowy granat), do tego WSZYSTKIE zapalniki i body są kompatybilne i wymienne ze sobą. Natomiast gotowe granaty gość sprzedaje za 40 funtów (200zł), a granaty gazowe kosztują jeszcze więcej (>250 zł) + gaz i kulki. Koszt wydruku takiego granatu to są grosze, no MOŻE kilka złotych + śrubki z najbliższego sklepu budowlanego, a kapiszonów można sobie za 20 złotych kupić zapas do końca życia. Planuję kupić jeden z modeli z "odkręcanym" zapalnikiem i przemodelować by wyglądał jak no. 69, jak mi się uda go zrobić to na pewno wyśle tutaj posty.
  4. Znalazłem coś fascynującego, więc jako NEKROMANTA STARYCH TEMATÓW dodam to tutaj bo myślę ma to wartość. Te tracery z wcześniej są fajne, ale drogie, mogą nie pasować na końcówkę repliki (szczególnie jak ktoś (ja) chciałby używać trójstrzałowej strzelby), a po trzecie to ich już w ogóle nigdzie nie ma i są tylko droższe v2 :( Moim dotychczasowym rozwiązaniem które niektórzy widzieli w moim fspaniałym (sic!) garażowo robionym wz. 29 było dość prymitywne wykorzystanie przycisku cudem wciśniętego za spust repliki, który zwyczajnie zwierał połączenie między żółto-pomarańczowym LED umieszczonym za pomocą o-ringa na końcu lufy, a guziczkowymi bateriami wciśniętymi w przestrzeń komory magazynka. Ma to plus - jest proste, i dużo więcej minusów - wymagało ciągnięcia drutów przez całą długość repliki, wszystkie elementy są po niej rozsiane, i najgorsze - aktywuje się zawsze przy wciśnięciu spustu, nie tylko przy wystrzale. Natomiast znalazłem taki filmik na YouTube: Jest to marker wystrzału oparty o obwód z LED aktywowanym dźwiękiem. Jest prosty jak barszcz: (schemat obwodu zapożyczony z filmiku) Wymaga w sumie: 1 mikrofonu elektretowego 2 rezystorów 10 kOhm 1 rezystora 1 MOhm 1 kondensatora 3 uF (na innym schemacie widziałem inną pojemność, ale wole zaufać temu) 2 tranzystorów BC547 (podtyp nieokreślony, chyba najlepiej użyć B) LED (taśma czy pojedynczy, nie ma to znaczenia, ważne by bateria mogła go zasilić) Baterii ok. 9-12 V (widziałem takie i takie, gość w wideo mówi że używa 9V) Koszty wszystkich tych elementów to są złotówki za sztukę jak za mikrofon czy baterię, lub za paczkę kilkudziestu mniejszych elementów. Dodać to tego jakiś kabel (np. najtańszy 4 żyłowy USB od ładowarki) lub trochę drutu i można bez problemu wyprowadzić zestaw mikrofon + LED na koniec lufy, a baterię i układ schować w kolbie, uchwycie, przykleić z boku, lub jak ja planuję, w kikucie tuby magazynowej w strzelbie. Mikrofon musi się znajdować dość blisko przelatujących kulek / powietrza, natomiast zastanawiam się czy by nie stworzyć dla całości specjalnej nasuwki na koniec lufy w której pasek LED byłby w środku po obwodzie i lekko skierowany na zewnątrz. Największy plus tego zestawu - kompletna niezależność od spustu, i niezawodna aktywacja przy każdym strzale. Planuję, jak się do tego wkrótce zabiorę, wysłać kilka zdjęć tutaj żeby pokazać jak mi poszło.
  5. Melduje się Samuel Johnson, tajny funkcjonariusz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Republiki Liberii! Po powrocie z ekspedycji, S.J. zameldował przełożonym, że wedle rozkazu nie doszło do żadnej konfrontacji między ekspedycjami, ani do złamania prawa Liberyjskiego. Ponadto zdążył zdać przełożonym bardzo krótki raport, uznając że zebrane materiały same wytłumaczą resztę sytuacji. Wedle owego raportu, ekspedycja aliancka przybyła na miejsce po około dwóch dniach podróży, a pozostawiona przez tragarzy na brzegu rzeki Loffa przeprawiła się przez rzekę i skończyła rozbijać obóz dopiero po południu pierwszego dnia pobytu. Funkcjonariusz towarzyszył ekspedycji w kilku wyprawach, które przebiegły następująco: Wybrano się nad przeciwległy brzeg rzeki w celu zażycia kąpieli i zbadano teren wokół domniemanego miejsca spoczynku Czarnego Dzbana. Po otrzymaniu informacji że patrol amerykański zauważył Czarny Dzban, udano się w podane miejsce w celu jego zbadania; w trakcie działań angielskiego chemika funkcjonariusz napotkał członka drugiej ekspedycji, który podał się za niemieckiego naukowca o imieniu Strauss (później ustalony jako mjr Strasser); towarzyszył mu również przewodnik C.G., z którym nawiązano pozytywny kontakt. Część ekspedycji alianckiej udała się do Czarnego Dzbana; w tej wyprawie S.J. nie brał udziału, co było błędem - wedle relacji napotkano drugą grupę, która wykonała przy Czarnym Dzbanie jakąś czynność, która doprowadziła do jego aktywacji i zniszczenia. Wieczorne przeczesanie terenu, w trakcie którego nie znaleziono nic znaczącego; natomiast po rozdzieleniu grupy i powrocie jej części do obozu, S.J. i kpt Renault niemalże przypadkiem napotkali przewodnika C.G.; po odejściu kpt Renault do obozu, S.J. i C.G. udali się na polowanie w celu próby mediacji sytuacji na wyspie. Nocne spotkanie kpt Renault z mjr Strasserem, brak informacji co do jego przebiegu. Poranna ekspedycja w trakcie której znaleziono pozostałości ekspedycji z roku 1921, funkcjonariusz S.J. zabezpieczył znalezione dokumenty. Drugie wyjście w celu odnalezienia pnączy ze strąkami i niebieskich kwiatów na kolczastym drzewie; udaremnione zostało spotkanie obu ekspedycji do którego niemalże doszło w pobliżu obozu alianckiego. Wysłanie S.J. w celu skontaktowania się z C.G. i określenia sytuacji drugiej ekspedycji; na miejscu S.J. zastał tylko pozostałości obozowiska; wobec tego powrócił do obozu alianckiego i zabezpieczał zwijanie obozu. Ponadto, przed pierwszą, pomiędzy trzecią a czwartą, i przed szóstą wyprawą, do obozu przybył niejaki Ossendowski, o którym również sporządzono notatkę. Przed południem drugiego dnia pobytu, wobec wypełnienia wszystkich swoich celów, po powrocie S.J. ekspedycja aliancka opuściła wyspę i powróciła do Monrovii. Jako że żadne państwo związane z ekspedycjami nie żądało od rządu Liberii przekazania materiałów którymi zaopiekował się funkcjonariusz S.J., ani nie przekazało żadnych informacji zwrotnych dotyczących wyników ekspedycji, zebrana sterta papierów trafiła do folderu, folder do szuflady, a szuflada została wsunięta w półkę w archiwum gdzie, wobec kompletnego braku zainteresowania, została szybko zapomniana. Musiało upłynąć aż ponad pół wieku, by znowu ujrzała światło słońca - a właściwie, kserokopiarki. Po ustabilizowaniu się sytuacji w Liberii, w trakcie jakiejś inwentaryzacji na przełomie tysiącleci, któryś urzędnik stwierdził że zdigitalizuje zalegające po archiwach sterty papierów. Jego mozolna praca również zostałaby zapomniana, gdyby nie nadgorliwy informatyk, który w ramach kolejnej inicjatywy cyfryzacyjnej stwierdził, że wrzuci wszystko co zalegało po komputerach w chmurę. Taka więc była historia osiemdziesięcioletniego zbioru dokumentów, dostępnych pod poniższym linkiem: Interior Ministry of Liberia Archive / Be Ziema
  6. Zgłasza się Samuel Johnson, przewodnik ekspedycji alianckiej (amerykańsko-brytyjsko-francuskiej) Przede wszystkim to jeszcze raz wielkie brawa dla organizatora za naprawdę fajną zabawę, poziom rekwizytów i materiałów fabularnych najwyższy :) Dzięki również wszystkim graczom za utrzymanie superowego poziomu gry i organizacji, nic tylko chwalić! Ale mam jedną istotną poprawkę - było więcej niż jeden strzał, o jakieś cztery! Tylko że wszystkie po za tym jednym były trafne, bo wykonane przez zdolnych myśliwych na wieczornym polowaniu :) Dłuższy post z podsumowaniem wszystkich moich perypetii oraz ze zdjęciami i skanami wrzucę później, jak już przejrzę wszystkie materiały ;) I bym prawie zapomniał - wielkie podziękowania również dla Arkusza za podwózkę
  7. Ja mam w swoich zasobach również już trochę sprzętu i następnym razem może uda się nim podzielić i coś ogarnąć, potrzebuję sobie tylko skołować.. koła, żeby ten szpejs przywieźć :) Po za tym to super odegrana rola, wąs niesamowity ;) Widok twojej osoby na granicy podniósł nam wszystkim morale :D
  8. Bardzo ciekawie zobaczyć jak nasza kompletna paranoja wyglądała od drugiej strony ;) Ten wasz agent to był podejrzany od początku, wszędzie wtykał nosa i pytał o za dużo, więc dokumenty przepadły wraz z nim. I powiem wam też że dobrze żeście dla siebie zdecydowali żeby nie wchodzić do miasteczka, bo pojawienie się "dwóch myśliwych" o tej godzinie by się dla was skończyło co najmniej przeszukaniem, aresztem i pałowaniem przez komendanta. Nasz poziom paranoi był taki, że myśmy się nawzajem wszyscy wśród swoich podejrzewali, a co dopiero jakichś nieznajomych zielonych ludków znad granicy. Bo myśmy te skrzynie zabrali na piechotę ;) Nie pamiętam czy one trafiły do twojego auta Dominiku przed czy po przekroczeniu granicy przez większość naszych, natomiast na pewno pamiętam dreptanie za kilkoma ludźmi którzy nieśli jakieś toboły, chyba owe skrzynie - ale teraz ręki bym sobie nie dał uciąć. To ciekawe, to już pewnie wiecie kto będzie grał jakichś granatowych. Biedny, obrabowany pocztowiec tak się nam żalił jak żeście go pobili, po czym z radością pokazał te grudkę coście jej zapomnieli przy tym zuchwałym napadzie ;) A tak po za tym, to muszę szczerze powiedzieć że twoja gra pomocnika w warsztacie była również niesamowita! Nawet w tym moim mundurku trochę się peszyłem nachodzić takiego imponującego charakterem robotnika. Pozdrawiam ;)
  9. Skrzynię otworzył, że tak powiem, los - była to dość tragikomiczna scena niemalże jak z filmu, bo zestresowani nadchodzącym atakiem i ewakuacją zebraliśmy się w kilku na posterunku P.P. żeby zapakować i odwieźć depozyt bankowy do karczmy gdzie urzędował rząd. Nie pamiętam czy skrzynię z gotówką podnosił pan Rajko czy ktoś z rządowej ochrony, ale szybko okazało się że nie była domknięta; i cała zawartość skrzyni 'ewakuowała' się na podłogę posterunku. Kulturalnie określę tylko że od razu zabraliśmy się do bardzo energicznego zbierania wypatroszonych flaków depozytu ;)
  10. Ponieważ pierwszy raz byłem na Twojej grze, to zwyczajnie nie spodziewałem się zawarcia aż takich detali i tak głębokiego przemyślenia całej gry pod tym względem (to jest oczywiście komplement). Teraz będę już wiedział i pamiętał, że fałszywki są przemyślane i mogą być w obiegu, a błędy są zrobione celowo. Po prostu w chaosie tej nocy bardziej skupiliśmy się na powierzchownych sprawach żeby ogarnąć ich natłok, niż na analizowaniu wszystkich szczegółów - bo nam wystarczało że dokument był polski i w środku był delikwent, a niekoniecznie jakiego wzoru czy jakie miał znaki - ale obiecuje że następnym razem już nie będziemy tacy łatwi ;)
  11. Inżynier Meltzer, zatrzymany przez KOP w pierwszych 10 minutach gry wraz z "Węgrem" trafili do celi na naszym posterunku. Po tych wszystkich wesołych przygodach które już opisałeś, gdzieś po północy rumuński inżynier trafił do celi policyjnej, gdzie umęczony popadł w sen tak głęboki że nie zbudził go nawet atak sowiecki. Musiał się dość zdziwić, kiedy obudził się w tym samym więzieniu, a innym kraju! Off-game to nasz wesoły śpiewak poszedł na zasłużony odpoczynek do samochodu ;) "Węgier" zatrzymany wraz z Rumunem trafili na początku gry do celi policyjnej razem, a potem policja była zajęta pilnowaniem ważnych gości którzy wprosili się nam na posterunek. Ja stałem na straży przy wejściu, widziałem jedynie że po przesłuchaniu, owy "Węgier" został zaproszony na spotkanie z rządem i kilkukrotnie obracał się jeszcze w tych kręgach. Ciekawe ;) Po za tym, w sprawach policji wszystko jak opisał wyżej komendant. Sam mam jeszcze jedną uwagę - warto by wspomnieć, że fałszywki istnieją; szczególnie służbom. Wiem że można to wydedukować, ale ja sobie zapamiętałem z tych wiadomości przed grą część "ZAKAZ WNOSZENIA WŁASNYCH FAŁSZYWEK I PODRÓBEK" zamiast "możecie używać tylko tego, co dostaniecie ode mnie"; przez co w mojej głowie błędnie powstała myśl "aha, nie będzie fałszywek". Więc taka przypominajka dla służb by trochę z tym pomogła, bo zwyczajnie mi to z głowy wypadło tuż przed grą. Szkoda wielka, bo dokumenty były super przygotowane i naprawdę mogło to wiele pomóc i namącić w grze, gdyby gracze pamiętali się w to angażować ;) Po za tym - jeszcze raz trzeba powiedzieć że było niesamowicie, dzięki wszystkim. Oczywiście jak najbardziej jestem chętny na wszystkie kolejne gry w tych klimatach; nawet sam zaczynam coś myśleć o organizowaniu takich.
  12. To niepilnowanie tej strony granicy było trochę złudne, bo zawsze ktoś się kręcił w okolicy posterunku PP. Byliśmy na pierwszy ogień, więc my (Policja) mieliśmy tej części pilnować, w budynku było kilka dość niewidocznych i zakrytych drzewami drzwi i okien z których mogliśmy was obserwować i ostrzelać, a na koniec staliśmy tam jako ariergarda. Ale powiem Ci Grisza, to Twoje wejście w środku nocy, w pięknym oficerskim mundurze z rzędem medali i przedstawienie się tytułem długości zdania (i to jeszcze zawierającym w środku "NKWD") naprawdę sprawiło na mnie niezłe wrażenie i się trochę speszyłem ze strachu że jak coś źle powiem to będzie przypał na skalę międzynarodową ;) Dodatkowo twój towarzysz bardzo ochoczo manewrował pepedą w naszą stronę, na szczęście tą część sytuacji udało się rozegrać dyplomatycznie. Więc ten atak o 3:00 nie był zmyślony, a jednak ;) Nieźle ci wszyscy agenci namieszali. Rumuński pogranicznik: "Cóż Pana sprowadza do Rumunji?" Posterunkowy Matuszyk: "Cóż, kocham tutejszą przyrodę, kulturę, jedzenie, jestem turystą i kocham chodzić po górach, a szczególnie piękne są Karpaty które prawowicie odebraliście Węgrom" Na tą wypowiedź pogranicznik natychmiast podpisał i wydał papiery, pozdrawiając policjanta uśmiechem ;)
  13. No i kurde sprytny Lipa Finkelman jednak wszystkich wyrolował i został komunistycznym panem na komunistycznym dworze ;) Ta cała paranoja z atakiem zgrała się wspaniale; od pierwszej myśleliśmy tylko o tym ataku ze strony drogi do Lwowa, bo byliśmy na pierwszy ogień. Po drugiej na posterunek wprasza się sztab wojskowy, i zaczynają sobie planować ewakuację; wszystko przez okienko dyżurki podsłuchujemy sobie z rezerwistą. Myślę sobie - przecież ten łuk drogi jest kluczowy, sowiety na pewno będą chcieli odciąć nam tam drogę, pewnie zaraz któryś się okaże szpiegiem, cały plan wygada, zaatakują od razu i wezmą w widły, i tyle z tej całej ewakuacji. Przerażenie moje i komendanta jak nam rezerwista na patrolu wyparował pięć minut po tym zamieszaniu było bezcennie realne ;) Jakże większa była nasza konsternacja gdy minęła trzecia, nie ma ataku, minęła czwarta, nie ma ataku, wstają zorze i cały czas jakoś cicho. Ale potem się zaczęło dziać! Ja Ciebie Daffi nie podejrzewałem o jakieś głębsze konszachty, jedynie drobne przekupstwo ;)
  14. Dokładając się do kolegi kolejarza i pocztowca - chłopaki z dworca wspaniały klimat robili, od zagubienia worka pocztowego za którym owy biedny pocztowiec latał pół nocy, zerwania na nogi całej policji gwizdkiem odprawienia pociągu, do filmowego wręcz dla mnie widoku gdy na koniec z budynku dworca wybiegło na nas dwóch kolejarzy, pocztowiec i żołnierze żeby dołączyć do ewakuującej się kolumny. Już miałem w tym stresie i panice do was mierzyć, gdyby kolega rezerwista z ariergardy nie rzucił w porę "To chyba nasi!" ;)
  15. Gra wyszła kapitalna, atmosfera była niesamowita i emocje jak prawdziwe; naprawdę było warto wziąć udział i będę długo wspominał :) Najważniejszą rzeczą którą chciałbym przekazać organizatorom - panowie, poziom waszego przygotowania i wkładu jest naprawdę wysoki, porównywalny z porządnymi larpami o podobnym zakresie. Było prawie 60 graczy, mieliśmy duży teren, fajnie zrobioną scenografię, rekwizyty i akcesoria, ciekawy scenariusz i wiele innych drobnych rzeczy które wszystkie razem 'robiły grę'. Według mnie gra mogłaby spokojnie kosztować i ze 100 złotych, a to dopiero dolne granice larpów o podobnej jakości dużo mniejszej skali. I ja bym to bez pretensji zapłacił z góry i z radością przyjechał. To była gra fabularna w którą włożyliście ogrom wysiłku, i myślę że jako gracze możemy zgodzić się, że zrobienie takiej scenografii, wydrukowanie i naklejenie kilkudziesięciu plakatów i oznaczeń, przygotowanie kilkudziesięciu zestawów dokumentów, czy chociażby wyposażenie karczmy w meble, jedzenie i picie nie jest darmowe. Chyba najlepszym elementem całej gry było napięcie jakie dało się odczuć w jej trakcie. Co prawda to jako Policja Państwowa ganialiśmy w tę i nazad całą noc, ale gdy sytuacja w miasteczku trochę ucichła jakoś po północy, to dopiero zaczął się stres. Już jakoś od drugiej w nocy zacząłem czuć jakbym siedział na szpilkach, a im bliżej świtu tym gorzej (czyli lepiej ;)) Gdy tuż po świcie dywersanci wysadzili linię kolejową, w koszarach WP ogłoszono alarm i żołnierze wybiegli na pozycje, a na koniec nastąpił kulminacyjny atak sowietów z lasu na łuk drogi którym ewakuowaliśmy rząd i rezerwę państwową - te momenty były idealnym zwieńczeniem całej nocy. Jako że z resztą Policji osłanialiśmy tyły, to miałem wręcz filmowy widok na całą akcję, a szczególnie kolumnę ewakuacyjną ostrzeliwaną w drodze na granicę Polsko-Rumuńską. Ponieważ ukryłem się w krzakach na pasie granicznym żeby osłaniać ewakuujących w trakcie pertraktacji z ambasadorem na granicy, gdy sowieci skosili żołnierzy osłaniających drugą stronę, jakoś mnie nie zobaczyli (cyt. któregoś oficera "to chyba wszystkich już mamy"), i udało mi się jako przedostatni przekroczyć granicę o własnych siłach. O własnych siłach, bo gdy sowieci porywali rannych na pasie granicznym jako jeńców, to przeciągnęliśmy przez szlaban rannego ochroniarza rządowego. Przedostatni, bo kilkanaście minut później, gdy ewakuowani na granicy czekaliśmy na rumuńską papierologię, naszym oczom ukazał się eskortowany przez rumuńskiego granicznika rozradowany chorąży WP o pięknym wąsie, który dokonał brawurowej ucieczki z sowieckiego więzienia i został przez nas przywitany radością i wiwatem. Nie licząc kilku strzałów, które oddałem w trakcie osłaniania ewakuacji, to całą noc nie oddałem ani jednego - a emocji więcej nic na strzelankach gdzie kulek i sto poleci ;) Na koniec jeszcze raz dziękuję za grę i pozdrawiam wszystkich - organizatorów, kolegów którzy mnie podwieźli - mój komendant i śpiewający całą noc rumuński przemytnik ;) a z powrotem belgijski handlarz i sam Prezydent, rząd RP i jego ochronę, ekscelencje ambasadorów, naszego rezerwistę policjanta, bohaterskie Wojsko Polskie, dzielny KOP, zapracowanych kolejarzy i pocztowca, niezapomnianych cywili wśród których byli przemytnicy, szpiedzy, dywersanci i zwykłe rzezimieszki, a także kolegów zza granicy; pograniczników Królestwa Rumunii którzy z litością umożliwili nam ucieczkę, i oczywiście bratni naród sowiecki, bez którego przecież nie byłoby gry ;) Te wspomnienia spisał Posterunkowy PP okręgu Krakowskiego Bazyli Franciszek Matuszyk, który po ewakuacji do Rumunji poszedł w świat i tyle go widzieli
  16. Apropos, i na tej grze było kilku gargameli którzy w ogóle trupszmat nie mieli :P
  17. I to brzmi fajnie, ale przede wszystkim jest ciekawsze od zwykłego czekania; znałem część tego systemu i na jego podstawie właśnie coś nazmyślałem. Zgadzam się również z resztą wypowiedzi; medyk, który zwykle jest skazywany na pełzanie na tyłach, raczej nie dorobi się frajdy na strzelaniu; więc warto zadbać by chociaż jakoś inaczej mógłby się wykazać. Więcej nie trzeba pisać, bo raczej jesteśmy zgodni, a nie chcę także zapełniać chłopakom komentarzy dygresjami :) Podobną sugestię miałem co do saperów, a dokładnie 'ładunków wybuchowych', żeby zamiast arbitralną ilość czasu udawać robienie czegoś, to dać im ładunek do złożenia; czyli pojedyncze laski dynamitu, do tego jakiś sznurek i najtańsza taśma malarska (a co gdyby jeszcze musiały być transportowane w skrzynce i dopiero na miejscu lub obok wyjęte do złożenia?), a potem niech chłop w terenie to sklei, ew. doklei do wysadzanego obiektu, i cyk. Zabawa może i zajmie krócej niż trzy minuty, ale na pewno będzie ciekawiej ;) Oczywiście jeżeli w scenariuszu jest potrzebna dynamiczna akcja, to ładunek może być i razem, albo w częściach w kieszeni; nie twierdzę że to mają być twarde, nieplastyczne zasady i wyłącznie tak jak powiem. Można by też np. pochować poszczególne elementy ładunku w kilku skrzyniach, które trzeba odnaleźć. Chciałbym na koniec dodać, że źródłem tych dyskusji nie jest to, że było źle - wręcz przeciwnie, właśnie dlatego żeście się postarali, zrobili fajne rzeczy jak właśnie ten dynamit z czasownikiem, to pobudza człowieka do myślenia i kreatywności, jakby to jeszcze inaczej i fajniej wykorzystać. P.S. Dzięki za zdjęcia
  18. Cześć, tu Konrad / Basil / gajowy / Jagermeister / ten co nudził strasznie jak to na strzelance ludzie do niego strzelają na wstępie pozdrawiam organizatorów i wszystkich którzy byli, a szczególnie Clone'a i Marka którzy mnie uratowali podwózką. Proszę doczytać do końca, bo mam jedną wedle mnie ważną opinię o mechanice medyków. Chcę także zaznaczyć, że chociaż na grze rozmawiałem z niektórymi z orgów i wyrażałem dość pesymistyczne brzmiące opinie o moich odczuciach z gry, to dotyczy to jedynie tego co mi się przytrafiło osobiście, a nie jest to moja opinia o organizacji / przebiegu / atmosferze / całokształcie imprezy. To, że trudno znaleźć przyjemność z pełzania tam i z powrotem na respa, dostając za każdym razem serię z krzaka (co chyba każdy zrozumie), wcale nie wyklucza że impreza była zorganizowana bardzo porządnie, z super rekwizytami i akcesoriami, ciekawymi zadaniami itd. W tym zakresie jesteście godni podziwu i naśladowania, bo naprawdę widać włożony wkład. Szkoda jedynie że przez pogodę nie udała się część LARPowa w piątek, na pewno bym miał więcej szans na nie dostanie od razu kilkunastu kulek z automatu za każdym razem jak tylko wychyliłem się za pień. I na pewno pojawię się na kolejnych Waszych grach, może z lepszym nastrojem i bardziej adekwatnym ekwipunkiem. Co do mechaniki medyków: chociaż przez 5 godzin tylko raz miałem chociaż szansę kogoś opatrzeć, to już przy jej opisie się mi nie podobała, z prostego względu - odczekiwanie czasu jest nudne i mało angażujące. Gapienie się na delikwenta przez 2-5 minut zanim można mu nałożyć opatrunek średnio przypomina działania sanitariusza polowego, a jeżeli ktoś myśli że przez ten czas można przecież symulować robienie coś przy rannym, to fajnie się mówi, ale trudno jest LARPować opatrywanie kogoś, kto na postrzelenie reaguje suchym "dostałem", wyciąga szmatę i oddala się na respa przy najbliższej sposobności; dodatkowo przez całą grę nie widziałem chyba ani jednej osoby z założonym opatrunkiem. Żeby nie być gołosłownym, wymyśliłem (przynajmniej sugestię) na prosty system, oparty na doświadczeniach z Węgierskiej Górki (gdzie faktycznie wielu graczy biegało z opatrunkami, a dla mnie gra medykiem bez broni była bardzo angażująca), który faktycznie sprawia zarówno medykowi i rannemu większą trudność, a jednocześnie ciekawe i angażujące zadanie. Medyk dostaje na grę: opaskę medyka, kość d6 w słoiczku do losowania ran, bandaże, butelkę jakiegoś łatwo zmywalnego i najlepiej białego/żółtawego proszku, pustą i tępą strzykawkę (jakąś tanią plastikową małego rozmiaru), do strzykawki może być pusty słoiczek, oraz opcjonalnie torba na szpej (ale może pomieści się w kieszeniach). Medyk, podchodząc do rannego gracza, losuje d6 ranę, a następnie wykonuje wedle losu kilka czynności i opatrunek w okolicy miejsca trafienia. Powód? Od razu angażuje to rannego i medyka do akcji, bo najpewniej będą musieli zagrać w twistera albo przeciągnąć pacjenta, żeby sanitariusz mógł w ogóle dostać się do rany, dodatkowo tworzy to ciekawsze opatrunki - na WG widziałem ludzi z opatrzonymi dłońmi i związanymi palcami, a jeden oficer miał opatrunek założony tak, że zasłaniał mu połowę twarzy (w tym jedno oko!). Same losy odpowiadałyby natomiast: 1 - należy jedynie założyć opatrunek z bandaża 2 - należy zasypać ranę proszkiem (lub, jeżeli pacjent boi się o mundur, sypnąć parę razy na ziemię obok), a następnie założyć opatrunek 3 - należy nabrać od pół do pełnej strzykawki ze słoiczka, zrobić pacjentowi zastrzyk w okolicy rany (wystarczy na tej samej kończynie), a następnie zrobić opatrunek 4 - należy zrobić zastrzyk z pełnej strzykawki, zasypać ranę proszkiem i dopiero zrobić opatrunek 5 - należy zrobić pełen zastrzyk, zasypać, a dodatkowo tak opatrzeć ranę, by była niewygodna dla pacjenta - np. związać palce, zrobić temblak (usztywniając w ten sposób łokieć), zasłonić oko/ucho/nos (co wymaga zdjęcia hełmu, dodatkowo zużywając czas), a w przypadku trafienia w nogę uziemić pacjenta lub zobowiązać kogoś (bądź siebie) do odprowadzenia go kilkanaście metrów w tył (do najbliższego bezpiecznego miejsca), skąd może poruszać się o własnych siłach. 6 - należy stwierdzić śmiertelność trafienia (zmyślić coś pacjentowi), zrobić pełen zastrzyk, obmacać symbolicznie pacjenta po klatce lub kieszeniach (szukając nieśmiertelnika czy dokumentów) i odesłać na respa. Lista może się wydawać skomplikowana, ale wytłumaczenie wszystkiego z pokazaniem przykładów to może 5-10 minut; można ją też uprościć, zmieniając zakresy losów i usuwając punkt 5. W każdym razie użycie chociaż części systemu byłoby ciekawsze niż losowanie pomiędzy natychmiastowym opatrunkiem, oczekiwaniem 2-5 minut na odstrzelenie przez przeciwnika, który chciał wywabić medyka, albo natychmiastowym zesłaniem na respawn. Jestem otwarty na komentarze i sugestie. I jeszcze raz pozdrawiam, gra była naprawdę super ogarnięta.
  19. Pozdrawiam wszystkich, pomimo tego że mi się replika zepsuła po 4 strzałach i zaciąłem dwie kolejne pożyczone, a potem zużyliśmy cały zapas amunicji do KM w pierwszą godzinę, to było bardzo fajnie i na pewno pojawię się na kolejnych grach :) Wiadomo, stres, napięcie i głód w trzecim etapie trochę dawały w kość, ale ważne że koniec końców wyszła super gra! Tylko więcej takich, brawa i podziękowania dla organizatorów, i dzięki za podwózkę ;)
×
×
  • Create New...