Biwakowanie w lesie i spotkanie z leśniczym, to jest trudna sprawa, trzeba się postarać żeby się udało. Z perspektywy naszego hobby, gdzie najczęściej staramy się nie zostać wykryci przez oddziały różnorakich super komandosów, robimy wszystko żeby było jak najmniej nas widać, więc jak leśniczy miałby nas znaleźć? Miałby się uganiać po bagnach i wertepach za grupką ludzików. Ja wszelkie spotkania z leśniczym przeżyłem na ścieżkach. Nie było podstaw do zgrzytu. Pamiętam kiedyś śmieszną sytuację z milsimu w Rudawach Janowickich. Grupa naszych zielonych została "zatrzymana" na ścieżce w lesie przez leśniczego. Leśniczy zaczął się niewygodnie zachowywać, zadawać głupie pytania, burać, na co chłopaki dali tylko jedną odpowiedź, - ale my jesteśmy z Krakowa. I poszli dalej :). Więcej problemów było z policją niż leśniczym (tzn spisywanie danych)
Próbowaliśmy też po Bożemu, wyglądało to tak że, trza było złożyć "wniosek" z dołączoną mapką gdzie będzie miejsce obozowiska (po wcześniejszym uzgodnieniu gdzie w ogóle może być), trza było czekać na zgodę, chyba dwa tygodnie. Oczywiście taki wniosek trza było poprzeć swoją osobą i jakimiś argumentem, że jestem dobrym człowiekiem, żeby było wiadomo z kim mają do czynienia.Po paru ponaglających telefonach i @ udało się uzyskać zgodę na biwakowanie, wpłaciliśmy kaucję chyba 450 zł, która miała być zwrócona, po stwierdzeniu władz tegoż nadleśnictwa że nic nie zostało uszkodzone - kaucja została zwrócona po chyba 6, 7 miesiącach. Wiele zachodu a prawda taka, że wszystkie obozowiska były wszędzie indziej, tylko nie tam.
Ogólnie leśniczy też człowiek, w razie spotkania, będziesz z nim normalnie rozmawiał, to pójdzie dalej w swoją stronę. Ma na pewno ciekawsze rzeczy do roboty. Pozdrawiam.