retimnon
Użytkownik-
Posts
31 -
Joined
-
Last visited
retimnon's Achievements
-
To zależy, co rozumiesz przez alternatywę. Jeśli chodzi o tańszy (ale nie do końca poprawny) zamiennik, to w rachubę wchodzą skonwertowane buty kompanii reprezentacyjnej BW. Konwersja będzie polegała na zdarciu gumowego fleka, podklejeniu skórzanej podeszwy skórzanym flekiem i nabiciu gwoździ. Wymianę fleka każdy szewc zrobi za jakieś 2 dychy. Zasadnicza wada, której czepiają się rekonstruktorzy, polega na tym, że skóra jest szyta licem na wierzch, podczas, gdy większość oryginałów miała noski szyte mizdrą na wierzch i pastowana czarną pastą do połysku już przez żołnierza. Biorąc pod uwagę, że sturmowe stiefle również nie są do końca poprawne, trzy razy droższe i rozpadają się po pół roku (dlatego generalnie dobrze jest z nimi iść do szewca jeszcze zanim zacznie się je nosić), to wcale nie jest takie najgorsze rozwiązanie ;) Zostawiam zresztą do obejrzenia: oryginały: http://www.germanmilitaria.com/Heer/photos/H015964.html http://www.germanmilitaria.com/Heer/photos/H071560.html http://www.germanmilitaria.com/Heer/photos/H014864.html buty bw: http://allegro.pl/buty-kompanii-reprez-bw-rozm-280-i1319637847.html fajnie (i w sumie podobnie cenowo, jeśli nie liczyć kosztów przesyłki) wypadają buty z ATF: http://www.atthefront.com/german/footwear/jackboots.html Inną alternatywą, choć droższą i znacznie cięższą do dostania, są buty z Hero Collection - bez porównania wierniejsze i lepiej wykonane, niż sturmowe. Ale, jak napisałem, trudne do dostania. Jeśli mimo wszystko zdecydujesz się na repliki ze Sturma, to w rachubę wchodzą te z pierwszego linku. Te drugie są pierwszowojenne. Puść mi natomiast wiadomość na priv, zobaczymy, co się da zrobić w sprawie ceny ;)
-
Hmm, jeśli chodzi o Denisony, to Sturm wypada o niebo lepiej, niż paskuda aktualnie sprzedawana przez What Price Glory (stare pakistańczyki z WPG były trochę lepsze), nie mówiąc już o produktach Barry Lyndona czy tego, brrr, Panzerfausta. To ostatnie dotyczy zresztą też battle dressu - obok oryginału nawet nie leżał, niestety. Wadą Sturma w relacji do tych dwóch konkurentów jest dwukrotnie wyższa cena. W swoim czasie za "referencyjny" uchodził produkt King&Country, kosztujący z kolei dwa razy więcej, niż teraz Sturm. W miarę nieźle wypadają czeskie repliki BD, ale są dość drogie (z drugiej strony, o połowę tańsze niż brytyjskie). Jeśli nie zależy Ci na wierności za każdą cenę, to, mimo kiepskiego sukna, Barry Lyndon będzie w miarę ok. Inna sprawa, to że jeśli nie jesteś za duży, to możesz rozejrzeć się za jakimś grekiem, na przykład - kupisz go taniej, niż replikę ze Spearheada. Jeśli chodzi o oporządzenie, to zanim zaczniesz je kompletować, zadaj sobie jedno pytanie - czy będziesz je blancował (na zachodnioeuropejską ciemną zieleń K.G. No 3), czy zostawisz w kolorze issue (khaki). Jeśli to pierwsze, to możesz spokojnie dobrać, przynajmniej częściowo, belgijskie oporządzenie powojenne - pod blanco nie będzie widać różnicy kolorów, a, moim zdaniem, nakładanie blanco na wojenne oryginał w dobrym stanie niszczy wojenny oryginał... Tak więc, blancowany wariant będzie tańszy i klimatyczniejszy. Jeśli temat Cię zainteresuje, to napiszę Ci, z czym to się je ;) Jeśli chodzi o źródło, to skromnie polecę swój sklep: http://www.rekonstrukcja.pl/index.php?cPath=23 Jeśli będziesz chciał kupować zestaw, to daj wcześniej sygnał na maila - dostaniesz zniżkę.
-
No tak, tylko koszt jednego, kompletnego, oryginalnego LTD jest wyższy, niż koszt całego tego cuda powyżej ;)
-
Hmm, biorąc pod uwagę cenę i delikatność replik Shoei, to pewnie wypuszczenie wersji airsoftowej niewiele by zmieniło dla polskich odbiorców. Chcielibyście ganiać z repliką za 6 tysięcy, która po drugiej strzelance cała się powygina, a połowa drewna się obłupie?
-
Heh, "Krety 1941", oczywiście. Sorry. Starszyźnie zaczyna się już plątać :-F
-
Ostrożnie. "Trzy bliźniaki", czyli podane jako pierwsze "Niemieckie Wojska Spadochronowe 1936-1945" Nowakowskiego, Skotnickiego i Zbiegniewskiego to stara książka, w której roi się od błędów. Ciężko jest traktować ją jako źródło rzetelnej wiedzy. Lucasa też miejscami ponosi fantazja - dla przykładu niejaki Leuthen denerwował się w swoim czasie bardzo na głupoty popisane w tej książce na temat walk we Wrocławiu. 8) Niemniej, ja tę książkę bardzo lubię. Jeśli uda Ci się ją zdobyć (co nie jest w tej chwili takie proste), to przed Tobą przyjemna lektura ze sporą ilością przekazów z pierwszej ręki od weteranów. Moim zdaniem świetna rzecz na początek. Quarrie i Chappell to z kolei raczej ciekawosteczka - ładne i działające na wyobraźnię ilustracje Mike'a Chappella (często zresztą przypisywane Ronowi Volstadowi) zbudowały cały szereg mitów i nieporozumień na temat umundurowania i oporządzenia FJ... Dlatego też trzeba je traktować z dużym przymrużeniem oka. Osobiście mam 2 sztuki ;) Tego Mussoliniego nie znam - ciekaw jestem, czy "prawda" w podtytule rzeczywiście jest prawdziwa, czy książka lansuje powszechnie znaną wersję, wymyśloną przez Skorzennego. Ailsby i "Spadochroniarze Hitlera". Mam. Nie czytałem. Po przeczytaniu kilku podpisów pod zdjęciami nie chciało mi się czytać tekstu. Rzecz o tyle dla mnie dziwna, że inna pozycja tego autora, którą mam, "A Collector's Guide to the Luftwaffe" jest całkiem porządnym opracowaniem. Krety z Ospreya nie kojarzę, ale polecam za to "Kretę 1941" Calluma McDonalda. Jest jeszcze Wojciech Schattlach i "Działania Niemieckiej 2 Dywizji Strzelców Spadochronowych" (to praca doktorska, jeśli dobrze pamiętam). Historycznie ok, ale opisy sprzętu i oporządzenia to kompletna fantazja. Reasumując, to ciężko Ci będzie znaleźć jakąkolwiek dobrą, od początku do końca rzetelną książkę po polsku. Zacznij od "Pikujących Orłów" i "Krety 1944", a jeśli interesuje Cię umundurowanie i oporządzenie, to w rachubę wchodzi praktycznie tylko literatura anglojęzyczna - i tu obowiązkowa pozycja na początek to Robert Kurtz i "German Paratroops: Uniforms, Insignia and Equipment of the Fallschirmjager in World War II". Jeśli chciałbyś wiedzieć coś więcej, to pytaj.
-
Jones, Panowie, a ja nadal myślę, że to prowokacja i że nie chodziło w tym wątku o żadne porady, tylko (w najlepszym wypadku) o zwykły trolling... Mogę się oczywiście mylić.
-
Ten wątek to jakaś prowokacja? 8)
-
I bardzo słusznie, jestem tego samego zdania - i przekonywałem do tego dziesiątki ludzi rozpoczynających przygodę z rekonstrukcją. Niemniej, od każdej zasady da się znaleźć rozsądne wyjątki. W większości amerykańskich grup funkcjonuje zasada jednego roku na skompletowanie koszernego (czyli akceptowanego przez grupę) ekwipunku. Przez ten czas kandydat do grupy może nosić tanie zastępniki. W teorii osłabia to obraz grupy, jednak wszyscy podchodzą do tego rozsądnie. Dlaczego? Otóż delikwent uczestniczący przez rok w imprezach rekonstrukcyjnych uczy się masy rzeczy, których rekonstruktor musi się nauczyć. Uczy się ich niezależnie od tego, czy rant jego hełmu łączy się z przodu, czy z tyłu... Zdobywa doświadczenie, wkręca się w temat, opierając się na dobrych wzorcach. Oczywiście jeśli po roku gość nadal nie ma skompletowanego sprzętu i, co więcej, nie czuje potrzeby wymiany tanich zamienników na koszerne kopie - to po prostu sugeruje mu się zmianę hobby 8) Zwróć uwagę, że tak jest w realiach amerykańskich, gdzie znacząco wyższy poziom życia powoduje, że koszerny sprzęt jest relatywnie o wiele, wiele tańszy. W Polsce 600 zł za 12 mm wysokości dzwonu to naprawdę dużo kasy, którą na początku zabawy można wydać na szereg innych elementów, wydatnie poprawiających jakość sylwetki. Oczywiście, jeśli po jakimś czasie (dajmy na to po roku ;) ) delikwent nie czuje potrzeby wymiany takiego garnka na koszerny, to powinien zmienić hobby 8) Reasumując, sądzę, że lepiej wystartować używając tych dwóch, trzech tańszych (i nie rażących) zamienników i zdobywać doświadczenie, spokojnie wymieniając zamienniki na koszerny sprzęt, niż kisić się w domu przez kolejny rok, ciułając kasę na porządne buty czy garnek... Absolutnie się z Tobą zgadzam, jest to świetna baza wyjściowa. Znowu posłużę się przykładem amerykańskim - nie jest żadnym problemem zdobycie tam wojennego dzwonu za 20 baksów. Jak to więc jest, że zrobione do końca repliki hełmów chodzą po 300+ dolarów, a więc 15 razy więcej?! Tu rozmawiamy o relacji 300 zł za bazę wyjściową i 650 zł za skończony produkt... Chcesz czy nie, ale jeśli na link do strony Maćka odpowiadasz linkiem "o wiele taniej", to zwyczajnie sugerujesz, że u Maćka jest za drogo... :) Stoi więc to w pewnej sprzeczności z tym, że nie trzeba go rekomendować... Panowie, do mnie osobiście nawet nie specjalnie dociera sens słowa "stylizacja", ale to zupełnie osobny temat 8) Sedno sprawy sprowadza się do tego, żeby nie traktować początkujących z buta, bo nie chcą (albo znacznie częściej chcieliby bardzo, ale zwyczajnie nie mogą) wydać na starcie dodatkowego tysiąca zł na lepszy hełm i buty... Na wszystko jest czas, natomiast jest naprawdę nieźle, jeżeli na wjazd pojawia się porządny mundur i oporządzenie. Zgadza się?
-
Naprawdę? To czemu kilka postów wcześniej sugerowałeś ten ersatz (skąd inąd wart swojej ceny, ale nie nadający się np. do rekonstrukcji Rangersów w Normandii...) za 3 stówy zamiast fachowo zrobionych (i zgodnych historycznie) replik z http://usmilitaria.pl/? Czyżby dlatego, że był tańszy? Rozumiem, że Twoja, szanująca się grupa nosi wyłącznie wojenne dzwony z front seamami, fixed balesami, strapsami w OD3 itd. Wiele musiało się zatem zmienić w ciągu ostatniego roku. Naprawdę? Czyli w Twojej grupie (którą skąd inąd znam i szanuję od wielu lat) nie znajdę żadnych zamienników? Żadnej pary bundeswehrowskich opinaczy? Enerdowskich szalokominiarek...? Panowie, zamienniki stosuje się w każdej rekonstrukcji, a do odpowiednio koszernej postaci dochodzi się latami. Obrzucanie więc inwektywami młodego człowieka, który sugeruje hełm za 9 dych (po odpowiednich zabiegach waloryzacyjnych) jako tani i naprawdę niezły zamiennik do stosowania w drugowojennym asg jest zwyczajnie niesmaczne, zwłaszcza na forum, na którym proponuje się depeemy jako dobry mundur dla drugowojennego spadochroniarza brytyjskiego, a M65 jako rewelacyjny mundur dla amerykańskiego...
-
Zgadza się, jump suit jest dla spadochroniarzy i się nie nadaje. Rangersi nosili kurtki M41: http://www.sklep.rekonstrukcja.pl/product_...products_id=129 np. z taką naszywką: http://www.sklep.rekonstrukcja.pl/product_...products_id=270 Do tego mogą być spodnie HBT: http://www.sklep.rekonstrukcja.pl/product_...products_id=131 Pokazane przez Ciebie opinacze są jak najbardziej ok. Jeśli chodzi o konfigurację oporządzenia, to zależy ona w dużej mierze od tego, jakiej chciałbyś użyć repliki. Tak czy inaczej, jeśli nie planujesz w najbliższym czasie zakupu całego oporządzenia, a chciałbyś gdzieś się w tym mundurze pokazać, to sugerowałbym dokupienie jeszcze przynajmniej pasa M36: http://www.sklep.rekonstrukcja.pl/product_...;products_id=92 Powiedziałbym nawet, że pas byłby ważniejszy niż opinacze, bo jeśli będziesz używał na razie jakichś glanów, to mogą one uchodzić za Jump Bootsy, całkiem często noszone przez Rangersów - a do nich nie potrzebujesz opinaczy. Natomiast tak czy inaczej powinieneś za jakiś czas wymienić te buty na replikę drugowojennych, i wtedy albo Service Shoes + opinacze, albo po prostu Jump Boots...
-
Przerabiane były pięciokomorowe ładownice na krótkie magazynki. Do dwóch ładownic przyszywano troki do oporządzenia - dwa długie paski poziomo przez plecy i dwa razy po dwie końcówki (jedna z klamerką) z przodu. Przez przepusty na pas przewlekano szelki, zakładano jak kamizelkę i spinano z przodu klamerkami. Wyglądało to mniej więcej tak: Jeśli chcesz, to oczywiście możesz użyć trzykomorowych na długie - to wolny kraj, tyle, że to będzie science fiction. To na oryginalnej fotce to specyficzny rigger pouch, czyli ładownica zszywana polowo przez gości od napraw spadochronów (a nie produkt, mówiąc współczesnym językiem, "kontraktowy"). Sprzedawca twierdzi, że zdjęcie pochodzi z 503 PIR i rzeczywiście podobne ładownice bywały u żołnierzy tego (skądinąd doświadczonego i sławnego) pułku, tyle, że walczył on... na Pacyfiku, a nie w Afryce, jak twierdzi sprzedawca (czy tym bardziej w Europie). Z Pacyfiku pochodzi też zapewne załączone zdjęcie. Zarówno w Afryce, jak i w Europie (jako niezależny oddział przyłączony do 82 dywizji) walczył natomiast niemniej sławny 509 PIB, który jeszcze w Stanach został wydzielony z 503 PIR - troszkę się więc sprzedawcy pomerdało. Produkt z aukcji natomiast w ogólnych zarysach przypomina tego oryginalnego rigger poucha, ale nie jest taki sam - brakuje chociażby wzmocnień z bawełnianej taśmy na uprzęże. Tkanina i kolor też są dla mnie dyskusyjne - riggery były zwykle robione z brezentu, a nie z takiego płócienka, a kolor OD7 wszedł po tym, jak większość riggerów została wycofana z użytku, niemniej przyznaję, że na spadochroniarskim sprzęcie z Pacyfiku znam się słabo 8)
-
Generalnie skórzanego oporządzenia używało MP. Były takie ładownice do 1911, ale do tommy'ego... No ja w każdym razie takich nie widziałem. Jeśli ktoś ma jakieś fotki, to chętnie zobaczę. Jeśli chodzi natomiast o to cudo użyte w Złocie Dla Zuchwałych, to są to powojenne, jugosłowiańskie ładownice do pistoletu maszynowego MP56, czyli mocno uproszczonej (i dosyć pokracznej) kopii MP40. Ładownica była czterokomorowa i wygięta z profilu, ze względu na łukowe magazynki. Oto rzeczony pokrak: A to ładownica do niego: No i sam Clint: :uśmiech:
-
Oli, wywody tego Boltera troszkę mi wyglądają tak, że kożuch to straszna kicha, bo jak się w nim przejdzie 5 kilometrów na saharze, to kaplica... Idąc tym tropem, to ile kroków da się zrobić w habecie w temperaturze -42? Myślę, że stawiamy pewne sprawy na głowie. Z niektórymi kwiatkami z tych postów też można by podyskutować, ale to insza inszość. Istnienia i wykorzystania (całkiem szerokiego zresztą) habet nikt nie kwestionuje - twierdzę natomiast, że habeta nie powinna być traktowana jako podstawowy mundur dla rekonstruktora. Owszem, można i nawet należy ją zdobyć na pewnym etapie wtajemniczenia, ale zaczynać powinno się od sukna. Oczywiście, wszystko zależy od tego, jakie ma się generalnie plany wobec całego tego umundurowania. Jeśli celem jest dobra, koszerna postać na większość strzelanek asg (środkowa i późna wojna i letnie okresy), to jak najbardziej - wciągnąć habetę, oporządzenie i jest super. Jeśli natomiast myśli się o rekonstrukcji, inscenizacjach, grupie rekonstrukcyjnej i całym tym zamieszaniu, to zaczynać należy raczej od podstaw, a potem pozwalać sobie na pewne kaprysy - a realia są takie, że habeta to mundur na dwa miesiące w roku, a sukno co najmniej na pozostałe dziesięć. Jeszcze co do imprezy w Krakowie, o której wspominał Alex - i ja tam byłem, i po kilkunastu próbnych zdobyciach pozycji nowozelandzkich na Krecie miałem pewne, drobne wyobrażenie o realiach tamtej bitwy, podczas której temperatura sięgała 46 stopni, a spadochroniarzy zrzucono w normalnych europejskich zestawach, czyli sukno i knochensacki - więc i my w takim umundurowaniu ćwiczyliśmy i potem robiliśmy inscenizację. Cóż, lekko nie było :) :roll: Niemniej, nikt nie zasłabł, nikt nie dostał udaru, nikt się nie obtarł do krwi ani nikt nie wyżymywał swojego potu z sukna po tym wszystkim... A jakby ktoś chciał zobaczyć, to wyglądało to TAK
-
Jak każdy rekonstruktor 8) W kwestii jakości habet tych dwóch producentów masz pewnie rację - inna sprawa, że ja ani gości z panthera, ani ich przedstawicielstwa na resztę świata, czyli zeugmasterei, za bardzo nie trawię... Ale to motyw na osobny temat ;) Miałem z kolei niedawno w rękach bluzę HBT od mrówki (ANT-Z-MILITARY) i jest to naprawdę zacny produkt - włącznie z dobrze odtworzoną lewą i prawą stroną materiału (habeta wojenna była "jednostronna", wzór na lewej stronie przypominał raczej splot płócienny). Pobieżnie przejrzałem podstawowe cechy, do których mógłbym się ewentualnie przyczepić (guziki, kołnierz itd.) i wszystko było ok - słowem, polecam wszystkim. Co do sukna natomiast, to moim zdaniem ciut demonizujesz ;) Owszem, mam kumpla, który ma uczulenie na wełnę i dla niego założenie munduru sukiennego mogłoby się skończyć tragicznie :-F Ludzie mają też różną tolerancję na sukno - niektórych drapie bardziej, innych mniej. Nie zmienia to natomiast faktu, że: 1. Sukno jest przewiewne - oczywiście nie w takim sensie, jak bawełniany t-shirt, ale przepuszcza sporo powietrza. Z tym pieczeniem latem też nie jest do końca tak - w minutę po założeniu w upalny dzień myślisz, że za chwilę dostaniesz udaru cieplnego :D 15 minut później okazuje się, że nie tylko nie dostałeś, ale nawet nie jest ci jakoś szczególnie gorąco. Wierzcie mi, że znacznie gorzej znosi się upał w ciuchach z poliestru ;) Kiepsko robi się natomiast, jeśli w gorący dzień na sukno założy się coś jeszcze - tarnschlupfjacke na przykład, albo w moim przypadku knochensacka... Dlatego wtedy, zgodnie z prawdą historyczną, zakładamy tylko spodnie sukienne, a na górę tylko bawełnę. 2. Z tym drapaniem jest w sumie podobnie, jak z temperaturą - po kilku minutach przestaje się je odczuwać. Niemieckie sukno zresztą to pikuś w porównaniu z brytyjskim battledressem, na przykład - po chwili jest podobnie, ale pierwsze wrażenie jest dużo straszliwsze :D 3. Jeśli chodzi o otarcia do krwi, to największe obrażenia jakie mi się kiedykolwiek przydarzyły w związku z suknem, to obtarcie (było trochę czerwone ;) ) szyi o sztywny kołnierz nowej fliegerbluzy. Po paru imprezach i to przestaje dokuczać. Wiadomo, w upalne dni, na kilkudniowej imprezie bardziej komfortowo jest się poruszać w bawełnie. Jeśli inscenizacja tego wymaga, to biegamy w suknie, bo koszerność ważniejsza od komfortu... Ale jednak lubimy jako grupa front włoski, gdzie od początku maja do jesieni noszono mundury tropikalne ;) Niemniej to mundury sukienne były standardem w niemieckiej armii, a bawełniane dodatkiem - i tak powinniśmy je chyba traktować w rekonstrukcji. U nas spodnie sukienne i fliegerbluza są obowiązkowe, a tropiki nie.